Strategia

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej

Pełny kalendarz. Pusta wartość. Jak organizacje mylą zajętość ze skutecznością

Są w organizacjach ludzie, których zawsze jest pełno.

Biegną ze spotkania na spotkanie. Nie mają czasu na rozmowę. Odpisują w pośpiechu.
Ich kalendarz wygląda jak plansza do Tetrisa na najwyższym poziomie trudności.

— Przepraszam, mam tylko pięć minut.
— Jestem zawalony.
— Dzisiaj praktycznie cały dzień na spotkaniach.
— Nie wiem, kiedy ja mam właściwie pracować.

Brzmi znajomo?

A potem przychodzi dokument z banalnym błędem. Ktoś nie przeczytał załącznika. Nie sprawdził jednej liczby. Pomylił datę. Nie zauważył informacji, która była dwa akapity wyżej. Decyzja, która miała zająć pięć minut, wraca po trzech spotkaniach i piętnastu mailach.

I pojawia się pytanie:

jak to możliwe, że ktoś może być jednocześnie tak bardzo zajęty i tak mało uważny?

Być może problem wcale nie dotyczy tych ludzi. Być może problemem jest organizacja, która nauczyła ich, że zajętość wygląda lepiej niż skuteczność.

Kult zapracowania

W wielu firmach funkcjonuje nieformalny znak statusu.

Nie jest nim gabinet. Nie jest samochód służbowy. Nawet nie stanowisko. Jest nim brak czasu.

Im bardziej jesteś zajęty, tym ważniejszy się wydajesz. Jeżeli masz osiem spotkań dziennie, najwyraźniej jesteś potrzebny. Jeżeli odpowiadasz na maile o 22:47, najwyraźniej jesteś zaangażowany.

Jeżeli cały dzień biegasz pomiędzy pokojami albo przeskakujesz z Teamsa na Zooma, musisz być kimś istotnym.

Tyle że organizacja nie płaci ludziom za bycie zajętymi. Płaci za efekty.

I tu zaczyna się problem.

Aktywność jest widoczna. Efekt nie zawsze.

Aktywność łatwo zauważyć.

Widać człowieka na spotkaniu, jego wiadomości na czacie, kilkadziesiąt maili, zapełniony kalendarz, że „ciągle coś robi”.

Znacznie trudniej zobaczyć człowieka, który przez godzinę spokojnie analizuje problem, a potem podejmuje dobrą decyzję.

Nie widać przygotowania. Nie widać myślenia. Nie widać chwili, w której ktoś sprawdził dokument jeszcze raz i dzięki temu uniknął kosztownego błędu. Nie widać rozmowy, po której konflikt w zespole po prostu się nie wydarzył.

Dlatego organizacje mają naturalną skłonność do premiowania tego, co można łatwo zaobserwować.

A to może prowadzić do niebezpiecznego równania:

dużo aktywności = dużo pracy = duża wartość.

Tyle że to równanie bardzo często jest fałszywe.

Spotkanie też może być formą prokrastynacji

Są problemy, które wymagają spotkania. Ale są też spotkania, które pozwalają uniknąć problemu. Bo dużo łatwiej zorganizować kolejną godzinę dyskusji niż powiedzieć:

„Podejmuję decyzję”.

Łatwiej zaprosić siedem osób niż wziąć odpowiedzialność. Łatwiej przesłać temat dalej niż samemu przeczytać trzy strony dokumentu.

Łatwiej powiedzieć:

„Musimy to przedyskutować”.

Niż:

„Sprawdziłem. Proponuję zrobić to tak”.

W ten sposób spotkania zaczynają się mnożyć.

Jedno rodzi następne.

Na końcu pierwszego pada sakramentalne:

„To umówmy jeszcze krótkiego follow-upa”.

I oto powstaje perpetuum mobile współczesnej organizacji. Spotkanie generuje spotkanie, które generuje kolejne spotkanie.

A wszyscy są coraz bardziej zajęci.

Pośpiech produkuje błędy

Jest jeszcze jeden problem.

Ciągłe funkcjonowanie w trybie „nie mam czasu” obniża jakość pracy.

Kiedy człowiek co pół godziny zmienia kontekst, przeskakuje między tematami i stale reaguje na kolejne bodźce, zaczyna pracować powierzchownie. Czyta szybciej. Słucha mniej uważnie. Zakłada zamiast sprawdzać. Odpowiada zanim pomyśli.

Pomija szczegóły.

I wtedy pojawiają się właśnie te banalne błędy, które z zewnątrz wydają się absurdalne.

Jak można było tego nie zauważyć?

Można.

Jeżeli organizacja stworzyła środowisko, w którym człowiek jest przez cały dzień zajęty reagowaniem, może nie zostać mu już przestrzeń na myślenie.

A może problem leży w zarządzaniu?

Najłatwiej powiedzieć:

„On taki jest”.

„Ona zawsze robi wokół siebie dużo zamieszania”.

„Taki charakter”.

Być może.

Ale warto zadać inne pytanie:

co w naszej organizacji sprawia, że taki sposób działania się opłaca?

Czy awansujemy ludzi za rezultaty czy za widoczność?

Czy doceniamy osobę, która spokojnie rozwiązuje problem, czy tę, która najgłośniej o nim mówi?

Czy spotkanie jest u nas narzędziem pracy, czy rytuałem potwierdzającym, że „coś robimy”?

Czy menedżerowie pytają:

„Co osiągnęliśmy?”

czy raczej:

„Co robiliście?”

To nie jest to samo pytanie.

Organizacja dostaje to, co nagradza

Jeżeli w firmie opłaca się wyglądać na zajętego, ludzie zaczną wyglądać na zajętych.

Jeżeli opłaca się uczestniczyć w spotkaniach, będą uczestniczyć w spotkaniach.

Jeżeli obecność jest ważniejsza niż rezultat, będą obecni.

Jeżeli natomiast organizacja premiuje przygotowanie, samodzielność, jakość decyzji i dowożenie rezultatów, zachowania ludzi zaczną wyglądać inaczej.

Bo kultura organizacyjna nie powstaje z plakatów wiszących na ścianach.

Powstaje z tego, jakie zachowania są codziennie nagradzane, tolerowane albo ignorowane.

Może warto zacząć od prostego pytania

Następnym razem, kiedy ktoś powie:

„Nie mam czasu, mam cały dzień spotkania”,

nie trzeba od razu pytać:

„Jak cię odciążyć?”

Można najpierw zapytać:

„A które z tych spotkań naprawdę tworzą wartość?”

Albo jeszcze prościej:

„Co dzięki nim będzie zrobione lepiej, szybciej albo mądrzej?”

To może być niewygodne pytanie.

Ale czasem właśnie takich pytań organizacje potrzebują najbardziej.

Bo firma nie potrzebuje ludzi, którzy wyglądają na zajętych.

Potrzebuje ludzi, którzy mają przestrzeń, żeby myśleć, podejmować decyzje i wykonywać dobrą pracę.

A to czasami oznacza mniej spotkań. Mniej maili. Mniej biegania. Mniej szumu.

I więcej efektów.

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej Dowiedz się więcej »

AI w zarządzaniu projektem. Asystent, nie kierownik projektu?

Na co dzień jestem trenerem i konsultantem. Prowadzę warsztaty, pracuję z menedżerami, rozmawiam o zmianie, przywództwie, projektach i wykorzystaniu sztucznej inteligencji w pracy.

Ale mam też drugą perspektywę.

Jestem praktykiem.

Od dłuższego czasu pełnię rolę kierownika projektu, którego celem jest termomodernizacja budynku. To przedsięwzięcie, w którym spotykają się harmonogramy, budżety, dokumentacja, wykonawcy, instytucje, formalności, ryzyka, nieprzewidziane zdarzenia i – jak to w projektach – rzeczywistość, która nie zawsze ma ochotę podporządkować się temu, co zapisaliśmy w planie.

I właśnie w tym projekcie regularnie wykorzystuję narzędzia AI.

Nie po to, żeby zarządzały projektem za mnie.

Po to, żeby pomagały mi zarządzać nim lepiej.

AI nie prowadzi mojego projektu

To rozróżnienie jest dla mnie bardzo ważne.

Kiedy rozmawiamy dzisiaj o sztucznej inteligencji, łatwo wpaść w jedną z dwóch skrajności.

Pierwsza mówi:

„AI zrobi wszystko za nas”.

Druga:

„To tylko zabawka, która produkuje ładnie brzmiące teksty”.

Moje doświadczenie jest zupełnie inne.

AI potrafi być niezwykle użytecznym narzędziem pracy kierownika projektu. Ale pod jednym warunkiem: że pozostaje narzędziem.

To ja znam kontekst projektu.

To ja wiem, co wydarzyło się podczas rozmów z wykonawcą.

To ja rozumiem, dlaczego pewne opóźnienie jest naprawdę groźne, a inne można jeszcze spokojnie zaabsorbować.

To ja znam ludzi, interesariuszy, historię ustaleń i ograniczenia, których często nie ma w żadnym dokumencie.

I ostatecznie to ja podejmuję decyzję.

AI może przygotować analizę. Może dostrzec zależność, której wcześniej nie zauważyłem. Może zakwestionować moje założenie. Może zaproponować trzy warianty działania.

Ale nie może przejąć odpowiedzialności za decyzję.

I bardzo dobrze.

Gdzie AI rzeczywiście mi pomaga?

Przede wszystkim tam, gdzie kierownik projektu musi przetwarzać dużą ilość informacji.

Dokumentacja projektowa, harmonogramy, zestawienia, umowy, aneksy, raporty, korespondencja, notatki ze spotkań, wymagania instytucji finansujących – po pewnym czasie liczba informacji zaczyna być naprawdę duża.

AI świetnie sprawdza się jako dodatkowa warstwa analizy.

Mogę na przykład poprosić o porównanie dwóch dokumentów i wskazanie różnic.

Mogę sprawdzić, czy informacje znajdujące się w kilku miejscach są ze sobą spójne.

Mogę przeanalizować potencjalne ryzyka wynikające z aktualnej sytuacji projektu.

Mogę przygotować pierwszą wersję raportu okresowego na podstawie danych, które wcześniej zgromadziłem.

Mogę uporządkować notatki po spotkaniu albo zamienić kilkadziesiąt luźnych informacji w listę decyzji, odpowiedzialności i kolejnych kroków.

Mogę również zapytać:

„Czego tutaj nie widzę?”

I to jest jedno z moich ulubionych zastosowań AI.

Nie dlatego, że odpowiedź zawsze jest trafna.

Ale dlatego, że potrafi zmusić mnie do ponownego spojrzenia na problem.

AI jako partner do myślenia

To być może największa wartość tych narzędzi.

Nie traktuję AI wyłącznie jako maszyny do tworzenia tekstów.

Znacznie ciekawsze jest dla mnie wykorzystanie jej jako partnera do myślenia.

Jeżeli w projekcie pojawia się problem, mogę opisać sytuację i poprosić:

  • jakie widzisz ryzyka?
  • jakie przyjmuję tutaj założenia?
  • czego mogłem nie uwzględnić?
  • jakie są trzy możliwe scenariusze?
  • jakie pytania powinienem zadać wykonawcy?
  • jakie argumenty może przedstawić druga strona?
  • co może się wydarzyć, jeśli przesuniemy tę decyzję o miesiąc?
  • jakie dane powinienem mieć, zanim podejmę decyzję?

I nagle AI przestaje być „narzędziem do pisania”.

Staje się czymś w rodzaju dodatkowego członka zespołu, który nie podejmuje decyzji, ale pomaga przygotować się do jej podjęcia.

Ale AI także się myli

I tutaj zaczyna się najważniejsza część całej historii.

AI potrafi odpowiedzieć bardzo przekonująco.

Także wtedy, kiedy nie ma racji.

Dlatego jedną z najważniejszych kompetencji w pracy z AI nie jest dziś umiejętność napisania sprytnego promptu.

Jest nią umiejętność oceny odpowiedzi.

Kiedy wykorzystuję AI w projekcie, nigdy nie zakładam automatycznie, że skoro coś zostało wygenerowane, to jest poprawne.

Sprawdzam dane.

Wracam do dokumentów źródłowych.

Porównuję informacje.

Patrzę na kontekst.

Czasami przyjmuję propozycję AI.

Czasami ją poprawiam.

A czasami po prostu mówię: nie, to tutaj nie ma sensu.

I chyba właśnie w tym miejscu najlepiej widać różnicę między korzystaniem z AI a oddawaniem AI odpowiedzialności.

Kierownik projektu nadal jest potrzebny

Można nawet powiedzieć więcej.

Im lepsze stają się narzędzia AI, tym ważniejsza staje się rola człowieka, który potrafi ocenić ich pracę.

Bo ktoś nadal musi rozumieć projekt.

Ktoś musi rozmawiać z ludźmi.

Ktoś musi ważyć sprzeczne interesy.

Ktoś musi zdecydować, które ryzyko akceptujemy.

Ktoś musi powiedzieć: „idziemy w tę stronę”.

I ktoś musi później wziąć odpowiedzialność za konsekwencje.

AI może być świetnym asystentem kierownika projektu.

Nie powinno jednak stawać się kierownikiem projektu.

Szybciej nie zawsze znaczy lepiej

Jest jeszcze jedna pułapka.

Pierwszym efektem korzystania z AI jest zazwyczaj przyspieszenie pracy.

Raport, który kiedyś powstawał godzinę, można przygotować znacznie szybciej.

Analiza dokumentów trwa krócej.

Pierwsza wersja komunikatu pojawia się niemal natychmiast.

Ale sama szybkość nie jest jeszcze najważniejszą korzyścią.

Znacznie ciekawsze pytanie brzmi:

co zrobię z odzyskanym czasem?

Jeżeli wykorzystam go tylko po to, żeby wyprodukować dwa razy więcej dokumentów, być może niewiele zyskałem.

Jeżeli jednak przeznaczę go na analizę ryzyka, rozmowę z interesariuszem, przygotowanie wariantów działania czy dokładniejsze przemyślenie decyzji – wtedy AI rzeczywiście podnosi jakość zarządzania projektem.

I właśnie tego szukam w tych narzędziach.

Nie automatyzacji dla samej automatyzacji.

Tylko lepszej pracy.

Tego właśnie uczymy na naszych warsztatach

Razem z Jarkiem w Agile For Future prowadzimy warsztat „Zarządzanie projektami z wykorzystaniem narzędzi AI”.

I zależało nam na jednej rzeczy.

Nie chcieliśmy stworzyć szkolenia będącego prezentacją kolejnych narzędzi i efektownych demonstracji w rodzaju: „zobaczcie, AI w pięć sekund zrobiło harmonogram”.

Bo harmonogram wygenerować jest łatwo.

Znacznie trudniejsze pytanie brzmi:

czy jest to harmonogram, według którego można prowadzić prawdziwy projekt?

Dlatego podczas warsztatu patrzymy na AI z perspektywy codziennej pracy kierownika projektu.

Jak przygotować się do projektu?

Jak analizować dokumentację?

Jak identyfikować ryzyka?

Jak przygotowywać warianty decyzji?

Jak wspierać komunikację?

Jak przygotowywać spotkania?

Jak analizować informacje po spotkaniach?

Jak wspierać raportowanie?

Jak korzystać z AI tak, żeby przyspieszało pracę, ale nie obniżało jakości decyzji?

I przede wszystkim:

jak zachować kontrolę nad procesem, kiedy część pracy wykonuje za nas sztuczna inteligencja?

Nie uczymy czegoś, czego sami nie używamy

To jest dla mnie szczególnie ważne.

Na rynku szkoleń związanych z AI bardzo łatwo jest dziś pokazać kilkanaście efektownych przykładów i opowiedzieć, jak potencjalnie można wykorzystać konkretne narzędzie.

My chcemy pójść krok dalej.

To, czego uczymy, wykorzystuję również w swojej pracy.

W prawdziwym projekcie.

Z prawdziwym budżetem.

Z prawdziwymi terminami.

Z prawdziwymi dokumentami, wykonawcami, interesariuszami i problemami.

I z prawdziwą odpowiedzialnością za podejmowane decyzje.

Dzięki temu wiem również, gdzie AI działa znakomicie, gdzie trzeba podchodzić do niej ostrożnie, a gdzie najrozsądniejszą decyzją jest po prostu jej nie używać.

Bo dojrzałe korzystanie z AI nie polega na tym, żeby używać jej wszędzie.

Polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy rzeczywiście wnosi wartość.

AI jako drugi pilot

Gdybym miał więc opisać swoją relację z AI w projekcie jednym zdaniem, powiedziałbym:

AI jest moim drugim pilotem, ale nie siedzi za sterami.

Pomaga.

Podpowiada.

Analizuje.

Porządkuje.

Kwestionuje.

Czasami dostrzega coś, czego wcześniej nie zauważyłem.

Ale kierunek nadal wyznacza człowiek.

I właśnie takiego wykorzystania sztucznej inteligencji w zarządzaniu projektami chcemy uczyć.

Jeżeli więc zarządzasz projektami i zastanawiasz się nie nad tym, czy AI pojawi się w Twojej pracy, ale jak korzystać z niej mądrze i praktycznie, zapraszamy na warsztat „Zarządzanie projektami z wykorzystaniem narzędzi AI” Agile For Future.

Bez obietnicy, że AI poprowadzi projekt za Ciebie.

Za to z bardzo konkretnymi sposobami, dzięki którym może pomóc Ci prowadzić go lepiej.

AI w zarządzaniu projektem. Asystent, nie kierownik projektu? Dowiedz się więcej »

Procedura to za mało. Jak naprawdę przygotować organizację do przeciwdziałania mobbingowi?

Zmiany w przepisach dotyczących mobbingu powodują, że wiele organizacji zaczyna przeglądać regulaminy, aktualizować procedury i planować szkolenia dla kadry kierowniczej oraz pracowników.

To potrzebne działania. Jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę przekonania, że przygotowanie nowego dokumentu wystarczy, aby organizacja stała się bezpieczniejszym miejscem pracy.

Nie wystarczy.

Procedura może określić sposób zgłaszania nieprawidłowości. Nie sprawi jednak automatycznie, że pracownik odważy się z niej skorzystać. Szkolenie może wyjaśnić definicję mobbingu, ale samo nie zmieni stylu zarządzania. Podpis pod oświadczeniem o zapoznaniu się z regulaminem także nie oznacza jeszcze, że ludzie wiedzą, jak reagować na niepokojące zachowania.

Prawdziwe przeciwdziałanie mobbingowi zaczyna się dużo wcześniej niż formalne postępowanie.

Co zmienia się w przepisach?

Ustawa z 19 czerwca 2026 roku została ogłoszona 4 sierpnia 2026 roku i wejdzie w życie 5 listopada 2026 roku. Wprowadza istotne zmiany w Kodeksie pracy dotyczące mobbingu, dyskryminacji, ochrony dóbr osobistych pracownika oraz obowiązków pracodawcy.

Nowa definicja jest krótsza: mobbingiem będą zachowania polegające na uporczywym nękaniu pracownika. Uporczywość oznacza zachowania powtarzalne, nawracające lub stałe.

Ustawa wymienia między innymi:

  • upokarzanie i uwłaczanie,
  • zastraszanie,
  • nieuzasadnioną krytykę, poniżanie lub ośmieszanie,
  • zaniżanie oceny przydatności zawodowej,
  • utrudnianie wykonywania zadań i osiągania wyników,
  • ograniczanie dostępu do potrzebnych informacji,
  • utrudnianie komunikacji ze współpracownikami,
  • izolowanie pracownika lub eliminowanie go z zespołu.

Do uznania zachowania za mobbing nie będzie konieczne wykazanie, że sprawca świadomie dążył do nękania pracownika. Jednocześnie pojedyncze zdarzenie – nawet jeśli było niewłaściwe i naruszało dobra osobiste – nie będzie automatycznie mobbingiem. Mobbingiem nie będzie również uzasadnione i wyrażone we właściwej formie rozliczanie pracownika z wykonywanej pracy.

To ostatnie zastrzeżenie jest szczególnie ważne dla kadry kierowniczej. Przeciwdziałanie mobbingowi nie oznacza rezygnacji z wymagań, informacji zwrotnej czy rozmów dyscyplinujących. Oznacza natomiast konieczność odróżnienia stanowczości od przemocy, a oceny pracy od ataku na człowieka.

Pracodawca ma działać systematycznie

Nowe przepisy nie ograniczają odpowiedzialności pracodawcy do rozpatrywania zgłoszeń. Pracodawca będzie zobowiązany systematycznie:

  • prowadzić działania prewencyjne,
  • wykrywać mobbing,
  • właściwie reagować na nieprawidłowości,
  • podejmować działania naprawcze,
  • wspierać osoby dotknięte mobbingiem.

Pracodawcy zatrudniający co najmniej 10 pracowników będą musieli określić reguły, procedury oraz częstotliwość działań dotyczących ochrony godności, równego traktowania, przeciwdziałania dyskryminacji i mobbingowi. Przepisy przewidują sześć miesięcy od wejścia ustawy w życie na dostosowanie regulaminu pracy albo wydanie odrębnego regulaminu.

Zmieni się więc nie tylko definicja. Zmienia się oczekiwanie wobec organizacji: działania mają być prowadzone regularnie, a nie dopiero wtedy, gdy na biurku HR pojawi się oficjalna skarga.

Nie wszystko, co niewłaściwe, jest mobbingiem

Jednym z największych problemów w rozmowach o mobbingu jest mieszanie różnych zjawisk.

Mobbingiem nie jest automatycznie:

  • pojedyncza nieprzyjemna sytuacja,
  • uzasadniona krytyka pracy,
  • postawienie wysokich wymagań,
  • odmowa przyznania podwyżki lub awansu,
  • konflikt między pracownikami,
  • egzekwowanie obowiązków,
  • rozmowa dyscyplinująca przeprowadzona we właściwy sposób.

Nie oznacza to jednak, że każde zachowanie, które nie spełnia definicji mobbingu, należy zaakceptować.

Jednorazowe publiczne upokorzenie może naruszać godność pracownika. Agresywna rozmowa może wymagać reakcji przełożonego. Nierozwiązany konflikt może eskalować. Powtarzający się „żart” może stać się narzędziem izolowania człowieka z zespołu.

Dlatego organizacja nie powinna pytać wyłącznie: „Czy to już mobbing?”. Powinna także pytać:

  • Czy to zachowanie jest zgodne z naszymi standardami?
  • Czy narusza czyjąś godność?
  • Czy może się powtórzyć?
  • Czy istnieje ryzyko eskalacji?
  • Jakiej reakcji potrzebujemy teraz?

Nie trzeba czekać, aż zjawisko dojrzeje do definicji ustawowej.

Największe ryzyko: procedura, której nikt nie ufa

Organizacja może mieć bardzo starannie napisaną politykę antymobbingową, a jednocześnie pozostawać miejscem, w którym nikt nie zgłasza problemów.

Powody bywają przewidywalne:

  • pracownicy nie wiedzą, gdzie się zgłosić,
  • obawiają się odwetu,
  • nie wierzą w poufność postępowania,
  • zakładają, że przełożeni będą chronić siebie nawzajem,
  • wcześniejsze sygnały zostały zlekceważone,
  • osoba zgłaszająca została uznana za „konfliktową”,
  • nie ma jasności, co stanie się po zgłoszeniu.

Brak zgłoszeń nie zawsze oznacza brak problemów. Czasami oznacza brak zaufania.

Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, że liczba udzielanych porad dotyczących mobbingu wzrosła z około 1,4 tys. w 2020 roku do blisko 4 tys. rocznie. Pytania dotyczą przede wszystkim rozpoznawania mobbingu, gromadzenia dowodów, procedur wewnętrznych i możliwości dochodzenia roszczeń.

Dobra procedura powinna więc nie tylko opisywać formalny tok postępowania, lecz także budować poczucie bezpieczeństwa. Pracownik musi wiedzieć, kto przyjmie zgłoszenie, w jaki sposób zostanie ono zweryfikowane, jak chroniona będzie poufność oraz jakie wsparcie może otrzymać.

Szczególna rola menedżerów

To właśnie menedżerowie mają największy wpływ na codzienne doświadczenia pracowników.

Mogą wcześnie zauważyć zmianę atmosfery w zespole, izolowanie jednej osoby, powtarzające się uszczypliwości czy utrudnianie komuś dostępu do informacji. Mogą też – czasem nieświadomie – wzmacniać takie zachowania przez brak reakcji.

Milczenie przełożonego również jest komunikatem. Zespół może je odczytać jako przyzwolenie.

Dlatego menedżerowie potrzebują czegoś więcej niż znajomości definicji prawnej. Powinni umieć:

  • odróżniać konflikt od uporczywego nękania,
  • udzielać wymagającej informacji zwrotnej bez poniżania,
  • reagować na niestosowne żarty i komentarze,
  • rozmawiać z osobą zgłaszającą problem,
  • dokumentować fakty zamiast stawiać diagnozy,
  • rozpoznawać sytuacje wymagające przekazania sprawy dalej,
  • zatrzymywać zachowania, zanim przerodzą się w długotrwały wzorzec.

Przydatny może być prosty model reakcji:

Zatrzymaj – nazwij – pokaż granicę – wskaż dalszy krok.

„Zatrzymajmy tę rozmowę. Komentarze dotyczące wyglądu nie są właściwe w tej sytuacji. Oczekuję, że będziemy rozmawiali o zadaniu. Jeśli problem się powtórzy, będziemy musieli podjąć kolejne działania”.

Nie każda sytuacja wymaga od razu uruchomienia komisji. Każda wymaga jednak świadomej decyzji, czy i jak zareagować.

Szkolenie nie może być wykładem z Kodeksu pracy

Zmiana przepisów prawdopodobnie zwiększy zainteresowanie szkoleniami antymobbingowymi. Warto jednak uważać, aby szkolenie nie ograniczyło się do wyświetlenia definicji, katalogu roszczeń i numerów artykułów.

Uczestnicy powinni nauczyć się stosować przepisy w konkretnych sytuacjach:

  • Czy publiczna krytyka wyników jest mobbingiem?
  • Jak zareagować na „żart”, który regularnie dotyka tej samej osoby?
  • Co zrobić, gdy dwie strony konfliktu wzajemnie się oskarżają?
  • Jak rozmawiać z pracownikiem, który zgłasza niewłaściwe traktowanie?
  • Jak egzekwować wykonanie zadania bez naruszania godności?
  • Jak reagować, kiedy niewłaściwie zachowuje się osoba o wysokiej pozycji w organizacji?

Dopiero praca na takich sytuacjach pozwala przełożyć regulamin na codzienne decyzje.

Wdrożenie polityki antymobbingowej jest zmianą organizacyjną

Warto spojrzeć na przygotowanie organizacji do nowych przepisów jak na proces zmiany, a nie projekt polegający na napisaniu dokumentu.

W IX Ogólnopolskim Badaniu Zarządzania Zmianą z 2024 roku tylko 28% analizowanych zmian w pełni osiągnęło zakładane cele. Wśród najczęściej wskazywanych czynników pozytywnie wpływających na powodzenie znalazły się zaangażowanie pracowników – 76%, postawa najwyższego kierownictwa – 75%, wizja i kierunek zmiany oraz praca zespołowa – po 74%.

To cenna podpowiedź także przy wdrażaniu rozwiązań antymobbingowych.

Jeżeli nowe zasady zostaną przygotowane wyłącznie przez prawników i HR, a następnie rozesłane pracownikom e-mailem, organizacja może formalnie wypełnić obowiązek, nie zmieniając niczego w codziennych zachowaniach.

Potrzebne są również:

  • czytelne stanowisko najwyższego kierownictwa,
  • konsultacje z pracownikami i ich przedstawicielami,
  • wspólne rozumienie standardów zachowania,
  • przygotowanie menedżerów,
  • bezpieczne kanały zgłaszania,
  • regularne przypominanie zasad,
  • analiza sygnałów i wyciąganie wniosków,
  • konsekwentne reagowanie niezależnie od stanowiska sprawcy.

Prawo wyznacza granicę. Kultura powinna działać wcześniej

Zmiana przepisów jest dobrym powodem, aby przyjrzeć się regulaminom i procedurom. Jeszcze lepszym powodem jest jednak potrzeba stworzenia środowiska, w którym ludzie wiedzą, jakie zachowania są akceptowane, potrafią reagować i mają zaufanie do organizacji.

Skuteczna polityka antymobbingowa nie polega na tym, że firma potrafi przeprowadzić postępowanie, kiedy sytuacja jest już poważna.

Jej skuteczność widać przede wszystkim wtedy, gdy:

  • pracownik może bezpiecznie powiedzieć, że przekroczono jego granicę,
  • świadek nie odwraca wzroku,
  • menedżer potrafi zareagować,
  • HR nie bagatelizuje pierwszych sygnałów,
  • a organizacja uczy się na zdarzeniach, zamiast zamiatać je pod dywan.

Bo najlepsza procedura antymobbingowa to nie ta, która najdokładniej opisuje postępowanie po kryzysie.

To taka, która pomaga do kryzysu nie dopuścić.
Przygotuj organizację, zanim procedura zostanie sprawdzona w praktyce

Jeżeli przygotowujecie organizację do nowych przepisów i zależy Wam na czymś więcej niż formalnej aktualizacji regulaminu, zapraszamy do rozmowy.

Prowadzimy praktyczne szkolenia dla pracowników oraz kadry kierowniczej, które pomagają:

  • odróżniać mobbing od konfliktu, uzasadnionej krytyki i innych zachowań niepożądanych,
  • reagować na pierwsze sygnały przekraczania granic,
  • prowadzić trudne rozmowy bez poniżania i naruszania godności,
  • właściwie przyjmować i dokumentować zgłoszenia,
  • budować wspólne standardy bezpiecznej współpracy.

Od wiosny przeprowadziliśmy już kilkanaście szkoleń z tego zakresu. Łączymy wiedzę dotyczącą przeciwdziałania mobbingowi z doświadczeniem w zarządzaniu zmianą, ponieważ sama procedura nie wystarczy — nowe zasady muszą jeszcze zacząć działać w codziennym życiu organizacji.

Skontaktuj się z nami, aby porozmawiać o szkoleniu dopasowanym do potrzeb pracowników i menedżerów w Twojej organizacji.

Procedura to za mało. Jak naprawdę przygotować organizację do przeciwdziałania mobbingowi? Dowiedz się więcej »

Bullshit change. Kiedy zarządzanie zmianą staje się teatrem

David Graeber, antropolog i autor książki „Bullshit Jobs”, opisał zjawisko pracy, która z perspektywy samych wykonujących ją osób wydaje się pozbawiona realnego sensu. Nie chodziło mu o pracę trudną, nudną czy nisko płatną. Chodziło o zajęcia, których istnienie jest trudne do uzasadnienia, a których zniknięcie niewiele by zmieniło.

Czy podobny mechanizm może pojawiać się w zarządzaniu zmianą?

Niestety tak.

Można prowadzić bardzo profesjonalny projekt zmiany, posiadać plan, zespół projektowy, komitet sterujący, harmonogram, dashboard (to takie piękne polskie słów) i rozbudowaną komunikację, a mimo to po kilku miesiącach odkryć, że organizacja funkcjonuje niemal dokładnie tak samo jak wcześniej.

Nazwijmy to roboczo bullshit change, ok?

Nie dlatego, że sama zmiana jest pozorna. Częściej dlatego, że wokół niej narasta ogromna liczba działań, które zaczynają zastępować właściwy rezultat.

Kiedy aktywność zaczyna udawać zmianę

W wielu organizacjach projekty zmiany wyglądają podobnie.

Najpierw powstaje prezentacja. Potem roadmapa. Powoływany jest zespół. Organizowane są warsztaty. Tworzona jest sieć ambasadorów. Pojawiają się newslettery, spotkania informacyjne, szkolenia i raporty. I wygląda to super.

Każde z tych działań może mieć sens.

Problem zaczyna się wtedy, gdy sukces projektu zaczynamy mierzyć przede wszystkim tym, czy dane działanie zostało wykonane, a nie tym, czy doprowadziło do oczekiwanej zmiany zachowania.

Wtedy pojawia się klasyczna lista:

  • komunikacja wysłana,
  • szkolenie przeprowadzone,
  • warsztat zrealizowany,
  • ambasadorzy wybrani,
  • plan zatwierdzony,
  • dashboard uruchomiony.

Na papierze wszystko się zgadza.

Tylko że najważniejsze pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi:

Co ludzie robią dziś inaczej niż wcześniej?

Jeżeli odpowiedź brzmi: „w zasadzie niewiele”, to być może nie zarządzamy zmianą. Zarządzamy jedynie aktywnościami wokół zmiany.

Graeber i organizacyjne „odhaczanie”

Jednym z typów „bullshit jobs” opisywanych przez Graebera byli tak zwani box tickers. Ich zadaniem było przede wszystkim tworzenie dowodów na to, że organizacja czymś się zajmuje.

Nie zawsze chodziło o całkowicie niepotrzebną pracę. Czasem raczej o sytuację, w której formalne potwierdzenie działania stawało się ważniejsze niż jego efekt.

W projektach zmiany bardzo łatwo wejść w podobną logikę. Przeprowadziliśmy szkolenie, więc ludzie są przygotowani. Wysłaliśmy komunikat, więc ludzie rozumieją zmianę. Powołaliśmy ambasadorów, więc mamy zaangażowanie. Uruchomiliśmy nowy system, więc zmiana została wdrożona.

To kuszące uproszczenia.

Tymczasem każda z tych rzeczy jest tylko środkiem, a nie rezultatem.

Szkolenie może być świetne, a ludzie nadal mogą nie korzystać z nowych kompetencji.

Komunikacja może być bardzo dobra, ale pracownicy mogą nadal nie rozumieć, co zmiana oznacza dla ich codziennej pracy.

Nowy system może działać technicznie, ale ludzie mogą obchodzić go arkuszami Excela i starymi procedurami.

Formalnie wszystko zostało wykonane.

Praktycznie … niewiele się zmieniło.

Zmiana nie wydarza się na slajdzie

Jednym z największych nieporozumień w zarządzaniu zmianą jest utożsamianie wdrożenia projektu z rzeczywistą zmianą organizacyjną.

Można wdrożyć system IT. Można zmienić strukturę organizacyjną. Można wprowadzić nowy proces. Można opublikować strategię. Można …

Ale zmiana organizacyjna zaczyna się dopiero wtedy, gdy zmieniają się zachowania ludzi.

  • inaczej podejmowane są decyzje.
  • inaczej prowadzone są spotkania.
  • inaczej wygląda współpraca między działami.
  • inaczej reagują menedżerowie.
  • inaczej wykonywana jest codzienna praca.

To właśnie dlatego rzeczywista zmiana jest dużo mniej elegancka niż większość modeli pokazywanych na prezentacjach.

Rzadko przebiega liniowo.

Częściej przypomina serię prób, błędów, korekt, rozmów i eksperymentów.

Organizacja coś wdraża, obserwuje efekty, poprawia rozwiązanie, ponownie testuje i uczy się.

To proces bardziej przypominający ruch niż realizację idealnego planu.

Teatr kontroli

Dlaczego więc organizacje tak łatwo budują wokół zmian skomplikowane systemy zarządzania?

Jednym z powodów jest potrzeba kontroli.

Duża zmiana oznacza niepewność. A organizacje nie lubią niepewności.

Dlatego pojawiają się kolejne elementy, które mają dawać poczucie, że sytuacja jest pod kontrolą:

roadmapy, statusy, raporty, komitety, wskaźniki, procedury i harmonogramy.

Same w sobie nie są problemem.

Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować je jako dowód skuteczności zmiany.

Można mieć projekt perfekcyjnie zarządzany administracyjnie i jednocześnie całkowicie nieskuteczny organizacyjnie.

Można również mieć projekt, który wygląda chaotycznie na poziomie prezentacji, ale prowadzi do realnej zmiany zachowań.

Pierwszy wygląda profesjonalnie.

Drugi faktycznie zmienia organizację.

Szkolenie jako alibi

Ten mechanizm dobrze widać na przykładzie szkoleń.

Organizacja diagnozuje problem: menedżerowie nie delegują, unikają trudnych rozmów albo mają problem z odpowiedzialnością zespołów.

Naturalnym rozwiązaniem staje się szkolenie.

I szkolenie rzeczywiście może pomóc.

Ale tylko wtedy, gdy problem wynika z braku wiedzy lub kompetencji.

Co jednak, jeśli system premiowy nagradza zachowania przeciwne do tych, których uczymy?

Co, jeśli menedżerowie nie mają realnych uprawnień do podejmowania decyzji?

Co, jeśli kultura organizacyjna karze za błędy, a jednocześnie oczekuje „innowacyjności”?

Wtedy szkolenie może stać się formą organizacyjnego alibi.

„Problem został zaadresowany.”

Ludzie byli na warsztacie.

Temat można zamknąć.

W praktyce organizacja próbuje naprawić człowieka, chociaż problem znajduje się w systemie.

Jedno pytanie, które warto zadawać częściej

W zarządzaniu zmianą bardzo często pytamy:

Co jeszcze powinniśmy zrobić?

Może jednak równie ważne pytanie brzmi:

Z czego możemy zrezygnować?

Które działania naprawdę pomagają ludziom pracować inaczej?

Które dostarczają informacji potrzebnych do podejmowania decyzji?

Które pomagają usuwać bariery?

A które istnieją tylko dlatego, że „w dużym projekcie zmiany powinny być”?

To dobry test dla każdego elementu projektu.

Jeżeli nie potrafimy odpowiedzieć, jaki konkretny wpływ ma dane działanie na zachowania ludzi lub wyniki organizacji, warto zastanowić się, czy rzeczywiście jest potrzebne.

Od zarządzania zmianą do eksperymentowania ze zmianą

Być może jednym ze sposobów ograniczenia „bullshit change” jest zmiana samego sposobu myślenia o transformacji.

Mniej wielkich deklaracji. Mniej przekonania, że na początku projektu jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie działania.

Więcej krótkich eksperymentów. Więcej obserwowania rzeczywistych zachowań. Więcej rozmów z ludźmi wykonującymi pracę. Więcej szybkiego poprawiania rozwiązań, które nie działają.

Zamiast pytać:

„Czy wdrożyliśmy plan?”

warto częściej pytać:

„Czego nauczyliśmy się o tej zmianie w ciągu ostatnich dwóch tygodni?”

To niewielka różnica językowa.

Ale ogromna różnica w sposobie prowadzenia zmiany.

Mniej teatru. Więcej ruchu.

Zarządzanie zmianą jest potrzebne.

Komunikacja jest potrzebna.

Szkolenia są potrzebne.

Roadmapy, wskaźniki i spotkania projektowe również mogą być potrzebne.

Ale tylko wtedy, gdy pomagają osiągnąć właściwy rezultat.

Jeżeli zaczynają żyć własnym życiem, łatwo wejść w świat bardzo profesjonalnie wyglądającej aktywności, która nie prowadzi do rzeczywistej zmiany.

Dlatego raz na jakiś czas warto zrobić prosty audyt projektu i zadać jedno niewygodne pytanie:

Ile z tego, co robimy, naprawdę pomaga ludziom działać inaczej, a ile jedynie pomaga nam wyglądać tak, jakbyśmy skutecznie zarządzali zmianą?

Być może właśnie od tego pytania zaczyna się prawdziwe zarządzanie zmianą.

Bullshit change. Kiedy zarządzanie zmianą staje się teatrem Dowiedz się więcej »

Nie każda zmiana potrzebuje wielkiego planu

Choć wielki plan daje poczucie bezpieczeństwa

Kiedy chcemy coś zmienić w firmie, naturalnym odruchem jest planowanie. Ponadto analizujemy sytuację, rozpisujemy zadania, wyznaczamy osoby odpowiedzialne i próbujemy przewidzieć możliwe trudności. Powstają harmonogramy, prezentacje i kolejne wersje dokumentów. Uwzględniamy również Opór wobec zmiany.

To wszystko jest potrzebne. Jednak Opór wobec zmiany zaczyna się wtedy, gdy planowanie zastępuje działanie.

Łatwo uwierzyć, że zmianę można rozpocząć dopiero w momencie, gdy znamy całą drogę, potrafimy przewidzieć wszystkie konsekwencje i mamy odpowiedź na każde pytanie. W praktyce taki moment najczęściej nie nadchodzi.

  • Im bardziej niepewna sytuacja, tym mniej prawdopodobne, że szczegółowy plan okaże się trafny.

Rynek może zachować się inaczej, niż zakładaliśmy. Klienci mogą nie dostrzec wartości w rozwiązaniu, które wydawało nam się oczywiste. Pracownicy mogą zwrócić uwagę na problemy niewidoczne z perspektywy właściciela firmy. Może również pojawić się konkurencja, nowa technologia albo zmiana przepisów.

Plan przygotowany przy biurku — Opór wobec zmiany — prędzej czy później spotyka się z rzeczywistością. Jednak rzeczywistość, jak wiadomo, rzadko czuje się zobowiązana do realizowania naszych prezentacji.

Kiedy planowanie staje się sposobem na unikanie decyzji

Planowanie daje poczucie kontroli. Nawet jeśli jeszcze niczego nie zmieniliśmy, mamy wrażenie, że działamy. Odbywają się spotkania, powstają dokumenty, a kolejne punkty trafiają do harmonogramu.

Czasem jest to jednak bardzo elegancki sposób na odkładanie decyzji.

Za potrzebą przygotowania jeszcze dokładniejszego planu” może kryć się obawa przed popełnieniem błędu, utratą pieniędzy albo negatywną reakcją pracowników. Możemy również bać się, że pierwsze efekty nie będą tak dobre, jak oczekiwaliśmy.

Dlatego dopracowujemy projekt, zamiast skonfrontować go z rzeczywistością.

  • Nie zawsze brakuje nam planu. Czasem brakuje nam zgody na to, że nie wszystko da się przewidzieć.

W zmiennym otoczeniu biznesowym pewność jest towarem deficytowym. Możemy jednak zastąpić ją czymś znacznie bardziej użytecznym: szybkim zdobywaniem informacji i wyciąganiem wniosków.

Zamiast przewidywać, zacznij sprawdzać

Działanie bez kompletnego planu nie oznacza działania bez kierunku. Warto jasno określić, jaki efekt chcemy osiągnąć i po czym poznamy, że zmiana przynosi rezultaty.

Nie musimy jednak od razu znać wszystkich prowadzących do niego kroków.

Jeżeli chcemy zwiększyć samodzielność zespołu, nie musimy natychmiast przebudowywać całej struktury firmy. Możemy zacząć od przekazania pracownikom odpowiedzialności za jeden rodzaj decyzji.

Jeżeli planujemy wprowadzenie nowej usługi, nie musimy od razu przygotowywać rozbudowanej kampanii marketingowej. Możemy przedstawić wstępną propozycję kilku klientom i sprawdzić ich reakcje.

Jeśli chcemy usprawnić spotkania, nie potrzebujemy wielomiesięcznego programu transformacji kultury organizacyjnej. Możemy przez dwa tygodnie testować nowy sposób prowadzenia zebrań.

  • Zamiast miesiącami zastanawiać się, czy rozwiązanie zadziała, można stworzyć warunki, które pozwolą to sprawdzić.

Tak właśnie działa eksperyment: nie rozstrzyga od razu całej przyszłości firmy, ale dostarcza informacji potrzebnych do podjęcia kolejnej decyzji.

Eksperyment nie ma udowodnić, że mieliśmy rację

To ważne rozróżnienie. W wielu firmach pilotaż traktowany jest jak mniejsza wersja wdrożenia, które musi zakończyć się sukcesem. Osoby odpowiedzialne chcą wykazać, że ich pomysł był dobry, dlatego koncentrują się na potwierdzaniu wcześniejszych założeń.

Tymczasem wartość eksperymentu polega na uczeniu się.

  • Eksperyment nie ma potwierdzić, że mieliśmy rację. Ma pomóc nam dowiedzieć się czegoś ważnego.

Jeżeli nowe rozwiązanie nie przyniesie oczekiwanego efektu, nie musi to oznaczać porażki. Być może udało się uniknąć kosztownego wdrożenia w całej organizacji. Być może odkryliśmy, że problem leży gdzie indziej albo że pracownicy potrzebują innego rodzaju wsparcia.

Nieudany eksperyment może być bardzo wartościowy. Pod warunkiem, że jest na tyle mały, aby jego koszt był do zaakceptowania, i na tyle dobrze zaprojektowany, aby można było wyciągnąć z niego wnioski.

Jak zaprojektować dobry pierwszy krok?

Dobry eksperyment powinien być niewielki, bezpieczny i możliwy do odwrócenia. Powinien również dotyczyć konkretnego problemu oraz mieć jasno określony czas trwania.

Przed rozpoczęciem warto odpowiedzieć na kilka pytań:

  • Co dokładnie chcemy sprawdzić?
  • Jakiego efektu oczekujemy?
  • Po czym poznamy, że rozwiązanie działa?
  • Jak długo będzie trwał eksperyment?
  • Kto powinien wziąć w nim udział?
  • Jakie ryzyko jesteśmy gotowi zaakceptować?

Po zakończeniu nie wystarczy stwierdzić, że było dobrze” albo ludziom się podobało”. Potrzebna jest krótka rozmowa podsumowująca:

  • Co przyniosło oczekiwany rezultat?
  • Co nas zaskoczyło?
  • Co należy zmienić?
  • Z czego warto zrezygnować?
  • Jaki powinien być kolejny krok?

Dopiero wtedy eksperyment staje się narzędziem prowadzenia zmiany, a nie jednorazową ciekawostką.

Mały eksperyment może uruchomić dużą zmianę

Duże zmiany rzadko powstają dzięki jednemu idealnemu pomysłowi. Częściej są rezultatem serii mniejszych działań: sprawdzania założeń, obserwowania efektów i poprawiania kolejnych rozwiązań.

Taki sposób pracy zmniejsza ryzyko i pozwala szybciej reagować na nowe informacje. Pomaga również angażować ludzi, ponieważ nie otrzymują oni gotowego rozwiązania, lecz uczestniczą w jego tworzeniu.

Zmiana nie zawsze przebiega wtedy zgodnie z pierwotnym planem. Może jednak konsekwentnie zmierzać w wybranym kierunku.

  • Nie potrzebujesz mapy całej drogi. Potrzebujesz kierunku, pierwszego kroku i gotowości do wyciągania wniosków.

Bo w biznesie Opór wobec zmiany rzadko zdobywa ten, kto najdłużej planuje. Jednak ten, kto szybciej zaczyna działać, uczyć się i poprawiać swoje rozwiązania.

Nie każda zmiana potrzebuje wielkiego planu Dowiedz się więcej »

Najtrudniej było nie biec za nim

Mój wnuk ma sześć lat. Podczas wakacji pierwszy raz wsiadł na pitbike.

Patrząc na niego, miałem dwie równoległe myśli.

Pierwsza:

„Ale ma frajdę”.

Druga:

„Czy on przypadkiem nie jedzie za szybko?”.

Prawdopodobnie każdy dorosły stojący obok toru zna ten stan.

Dziecko widzi motocykl, trasę i przygodę.

Dorosły widzi zakręt, nierówność, możliwość upadku oraz wszystkie scenariusze, których dziecko na szczęście jeszcze nie zdążyło sobie wyobrazić.

Najpierw były krótkie przejazdy. Gaz. Hamulec. Zakręt. Zatrzymanie. Kilka uwag. Kolejna próba.

Czasem motocykl jechał dokładnie tam, gdzie powinien. Czasem trochę mniej dokładnie.

A ja łapałem się na tym, że najchętniej podpowiadałbym bez przerwy.

Wolniej. Uważaj. Patrz przed siebie. Nie dodawaj tyle gazu.

Tylko że po kilku takich komunikatach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jeszcze pomaga, czy już przeszkadza.

Kilka jazd później wnuk wystartował w zawodach.

To zdanie brzmi znacznie poważniej, niż wyglądała cała sytuacja.

Nie było planu kariery. Nie było rozmowy o wyniku. Nikt nie sprawdzał, czy jest już gotowy na kolejny etap ścieżki rozwoju młodego zawodnika. To miała być zabawa. Miał stanąć na starcie, przejechać trasę i zobaczyć, jak to jest.

A ja, stojąc obok toru, pomyślałem, że w ciągu tych kilku dni wydarzyło się coś, z czym firmy zmagają się czasem przez wiele miesięcy.

Człowiek zaczął, zanim poczuł pełną gotowość.

Dostał możliwość pierwszej próby bez presji, że musi od razu coś udowodnić.

A dorośli musieli stworzyć bezpieczne warunki i w odpowiednim momencie przestać trzymać kierownicę.

Gotowość przyszła po drodze

Nie wiem, czy przed pierwszą jazdą mój wnuk czuł się gotowy.

Podejrzewam, że nie zadawał sobie tego pytania.

Chciał spróbować.

Dorośli mają z gotowością trudniejszą relację.

Zanim podejmiemy się nowej roli, chcemy wiedzieć, czy sobie poradzimy.

Zanim poprowadzimy pierwszy projekt, chcemy znać wszystkie ryzyka.

Zanim podejmiemy decyzję, chcemy mieć pewność, że będzie trafna.

W organizacjach często wygląda to podobnie.

Najpierw szkolenie. Potem warsztat. Następnie dodatkowe spotkanie, żeby omówić wnioski z warsztatu. Później plan przygotowania ludzi do rozpoczęcia pilotażu.

Wszystko rozsądne.

Do momentu, w którym przygotowanie zaczyna służyć nie zwiększaniu bezpieczeństwa, ale odsuwaniu chwili startu.

Mój wnuk nie znał wszystkich sytuacji, które mogły wydarzyć się na torze.

  • Nie miał doświadczenia.
  • Nie opanował techniki.
  • Miał jednak odpowiedni sprzęt, kilka podstawowych zasad i miejsce, w którym mógł spróbować.
  • Był gotowy nie do tego, żeby jeździć idealnie.
  • Był gotowy do pierwszego okrążenia.

To duża różnica.

Nie zawsze najpierw zdobywamy pewność, a później zaczynamy. Czasem zaczynamy po to, żeby zdobyć pewność.

W pracy też nie wszystkiego da się nauczyć przed startem.

Nie da się w pełni przygotować do pierwszej trudnej rozmowy z pracownikiem.

Do pierwszego wystąpienia przed zarządem.

Do pierwszego samodzielnie prowadzonego projektu.

Do pierwszych tygodni w roli menedżera.

Można dostać wiedzę, wsparcie i wskazówki.

Ale część kompetencji pojawi się dopiero wtedy, gdy człowiek ruszy.

Zawody bez egzaminu

Start w zawodach miał jeszcze jeden ciekawy element.

Nikt nie oczekiwał wyniku.

Oczywiście były emocje. Był numer startowy, inni zawodnicy i rodzice stojący przy trasie.

Ale celem nie było podium. Celem było doświadczenie. Zobaczyć, jak wygląda start. Przejechać trasę razem z innymi.

Poczuć, co dzieje się z człowiekiem, kiedy kończy się spokojna jazda treningowa, a zaczyna prawdziwe wydarzenie.

W firmach pierwsza próba rzadko ma taki komfort.

  • Pierwsza prezentacja ma być dobra.
  • Pierwszy projekt ma dowieźć wynik.
  • Pierwsza decyzja po awansie ma potwierdzić, że wybór tej osoby był słuszny.

Mówimy:

„Spróbuj”.

Ale cały kontekst mówi:

„Udowodnij, że potrafisz”.

A kiedy człowiek ma coś udowodnić, przestaje się uczyć.

Zaczyna chronić swoją reputację.

Nie zadaje pytań, bo nie chce pokazać, że czegoś nie wie.

Nie eksperymentuje, bo eksperyment może się nie udać.

Wybiera najbezpieczniejsze rozwiązanie, nawet jeżeli nie jest najlepsze.

Nie dlatego, że brakuje mu odwagi.

Dlatego, że dobrze rozumie zasady gry.

Trudno uczyć się czegoś nowego, kiedy każda próba wygląda jak egzamin.

Pierwsza próba nie zawsze powinna odpowiadać na pytanie:

„Czy ta osoba się nadaje?”.

Czasem wystarczy inne:

„Czego dowiedziała się po pierwszym okrążeniu?”.

Najtrudniejsza rola dorosłego

Patrząc na wnuka, zrozumiałem też coś o sobie.

Łatwo mówić, że trzeba pozwolić innym próbować.

Znacznie trudniej patrzeć, jak próbują w sposób inny niż ten, który sami uznalibyśmy za najlepszy.

Dorosły stojący przy torze ma doświadczenie.

Widzi więcej.

Szybciej zauważa zagrożenie.

Wie, kiedy trzeba zwolnić i jak wejść w zakręt.

Podobnie lider.

Patrzy na pracownika prowadzącego pierwsze spotkanie i już po dwóch minutach wie, co sam powiedziałby inaczej.

Słucha prezentacji i od razu widzi, który slajd należałoby zmienić.

Obserwuje decyzję i zna prostszą drogę.

Wtedy pojawia się pokusa:

„Daj, pokażę ci”.

Zwykle wynika z dobrej intencji. Chcemy pomóc. Skrócić drogę. Uchronić przed błędem.

Tylko że jeżeli za każdym razem przejmujemy kierownicę, człowiek uczy się głównie jednego:

że w trudniejszej sytuacji powinien poczekać na szefa.

Później lider mówi, że zespół nie jest samodzielny.

Pracownicy pytają o każdą decyzję. Nie podejmują inicjatywy. Nie wychylają się.

Czasem jednak nie jest to brak samodzielności.

To rezultat wielu sytuacji, w których ktoś zdążył złapać kierownicę, zanim pracownik sam sprawdził, jak przejechać zakręt.

Nie da się nauczyć samodzielności kogoś, komu przez cały czas trzymamy kierownicę.

Puścić nie znaczy odwrócić się plecami

Nie chodzi o to, żeby powiedzieć:

„Radź sobie”.

Sześciolatka nie zostawia się samego na torze.

Potrzebny jest kask. Odpowiedni motocykl. Zasady. Bezpieczne miejsce.

Dorosły, który obserwuje i zareaguje, gdy pojawi się prawdziwe zagrożenie.

Ale dorosły nie może jednocześnie prowadzić.

W firmie jest podobnie.

Lider może określić cel. Ustalić granice decyzji. Powiedzieć, kiedy pracownik powinien poprosić o pomoc. Umówić moment sprawdzenia postępu. Zapewnić dostęp do wiedzy i zasobów. Może też jasno nazwać, na jakie błędy można sobie pozwolić, a gdzie ryzyko jest zbyt duże.

To nie jest brak kontroli.

To projektowanie bezpiecznej przestrzeni do samodzielnego działania.

Najtrudniejsze pytanie brzmi wtedy:

  • Czy reaguję, bo dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego?
  • Czy dlatego, że ktoś robi to inaczej niż ja?

Na torze te dwie sytuacje nie są tym samym.

W pracy również.

Trzy rzeczy, które zostały ze mną po wakacjach

Patrząc na wnuka, zobaczyłem trzy proste warunki rozwoju.

  • Po pierwsze, człowiek musi mieć możliwość zacząć, zanim poczuje się w pełni gotowy.
  • Po drugie, pierwsza próba nie może od razu decydować o tym, czy się nadaje.
  • Po trzecie, wsparcie musi dawać bezpieczeństwo, ale nie może odbierać sterowania.

Brzmi prosto.

A jednak organizacje często robią coś dokładnie odwrotnego.

  • Przygotowują ludzi tak długo, że ci nie zaczynają.
  • Nazywają działanie eksperymentem, a po pierwszym błędzie wyciągają wnioski o kompetencjach.
  • Delegują odpowiedzialność, ale nie oddają wpływu.
  • Później dochodzą do wniosku, że ludzie nie są gotowi, nie chcą się rozwijać albo brakuje im inicjatywy.

Być może czasem problemem nie są ludzie.

Być może źle przygotowaliśmy ich pierwsze okrążenie.

Refleksja dziadka z toru

Mój wnuk nie wygrał tych zawodów.

I nie taki był cel.

Wystartował.

Przejechał trasę.

Zdobył doświadczenie, którego nie dałoby mu żadne tłumaczenie z boku.

A ja nauczyłem się, że obserwowanie czyjegoś rozwoju wymaga czasem więcej samokontroli niż samo uczenie.

Trzeba zadbać o kask.

Wyjaśnić zasady.

Być blisko.

I powstrzymać odruch, żeby przy każdym zakręcie krzyczeć:

„Uważaj!”.

Bo czasem najlepsze, co możemy zrobić dla czyjegoś rozwoju, to stworzyć bezpieczne warunki, zejść z toru i pozwolić mu przejechać własne okrążenie.Gdzie Waszym zdaniem kończy się zwinność, a zaczyna chaos?

Najtrudniej było nie biec za nim Dowiedz się więcej »

Plany się zmieniają. Kierunek zostaje

Wakacje są prawdopodobnie jednym z najlepszych i jednocześnie najmniej docenianych szkoleń ze zwinności.

Planujemy wyjazd.

Wybieramy trasę. Rezerwujemy hotel. Sprawdzamy restauracje. Układamy listę miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć. W ambitniejszej wersji powstaje nawet harmonogram, przy którym niejeden kierownik projektu zacząłby nerwowo poprawiać wykres Gantta.

A potem przychodzi życie.

Samolot jest opóźniony. Pada deszcz. Restauracja okazuje się zamknięta. Dzieci nie chcą oglądać kolejnego zabytku. Trasa, która na mapie wyglądała na krótki spacer, prowadzi pod górę, w pełnym słońcu i — jak się szybko okazuje — została zaplanowana przez człowieka pozbawionego uczuć.

I wtedy mamy wybór.

Możemy konsekwentnie realizować plan.

Albo możemy uratować wakacje.

Dobry plan potrafi się zdezaktualizować

W biznesie często traktujemy zmianę planu jak porażkę.

Skoro ustaliliśmy harmonogram, trzeba się go trzymać. Skoro zarząd zaakceptował projekt, trzeba go dowieźć. Skoro przygotowaliśmy strategię na trzy lata, nie wypada po sześciu miesiącach przyznać, że część założeń przestała być aktualna.

Tylko czy naprawdę dowodem profesjonalizmu jest realizowanie planu, który już nie pasuje do rzeczywistości?

Plan powstaje na podstawie informacji dostępnych w określonym momencie. Tymczasem rynek się zmienia. Klienci reagują inaczej, niż przewidywaliśmy. Technologia przyspiesza. Ludzie mają inne potrzeby. Pojawiają się ograniczenia, których wcześniej nie było widać.

Czasami więc najbardziej odpowiedzialną decyzją nie jest konsekwentne realizowanie planu.

Jest nią jego zmiana.

Zwinność nie oznacza, że robimy, co nam się podoba

Tu jednak pojawia się pułapka.

Bo zwinność bywa mylona z ciągłym zmienianiem zdania.

– Spróbujmy teraz tego.
– Nie działa? To może czegoś innego.
– Zmieńmy priorytety.
– Jeszcze raz zmieńmy priorytety.
– A może w ogóle zmieńmy cel?

To nie jest zwinność.

To chaos z dobrym PR-em.

Zwinność nie polega na tym, że każdego dnia wybieramy inny kierunek. Polega na tym, że potrafimy zmieniać sposób działania, nie tracąc z oczu tego, dokąd chcemy dojść.

Na wakacjach celem nie musi być odwiedzenie wszystkich punktów z listy. Celem może być odpoczynek, wspólnie spędzony czas, poznanie nowego miejsca albo przeżycie czegoś ciekawego.

Jeżeli pada deszcz, możemy zrezygnować z plaży i pójść do małego muzeum, kawiarni albo na lokalny targ.

Plan się zmienił.

Kierunek został.

Organizacje mają problem nie ze zmianą planów, lecz z brakiem kierunku

W wielu firmach problemem nie jest wcale to, że ludzie zbyt mocno trzymają się planu.

Problem polega na tym, że nikt nie wie, co w tym planie jest naprawdę ważne.

Czy celem projektu jest wdrożenie systemu informatycznego, czy poprawa przepływu informacji?

Czy celem szkolenia jest przeszkolenie stu osób, czy zmiana konkretnych zachowań?

Czy celem reorganizacji jest narysowanie nowej struktury, czy szybsze podejmowanie decyzji?

Czy celem strategii jest stworzenie prezentacji, czy dokonanie wyborów, które rzeczywiście zmienią sposób działania firmy?

Gdy kierunek jest niejasny, plan zaczyna zastępować myślenie.

Wykonujemy zadania, organizujemy spotkania, raportujemy postęp i przesuwamy kolorowe prostokąty w systemach do zarządzania projektami.

Wszystko idzie zgodnie z harmonogramem.

Tylko niekoniecznie prowadzi tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć.

Zwinność zaczyna się od odwagi zadawania niewygodnych pytań

Czy to, co robimy, nadal ma sens?

Co zmieniło się od momentu, gdy powstał plan?

Które założenia okazały się błędne?

Czego dowiedzieliśmy się od klientów, pracowników albo rynku?

Co należy kontynuować, co zmodyfikować, a z czego po prostu zrezygnować?

To nie są pytania świadczące o braku konsekwencji.

To pytania świadczące o dojrzałości.

Znacznie łatwiej jest realizować zatwierdzony plan i później wyjaśniać, dlaczego nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Trudniej zatrzymać się w połowie drogi i powiedzieć:

„Wiemy dziś więcej niż wtedy, gdy podejmowaliśmy tę decyzję. Dlatego zmieniamy sposób działania”.

W Agile For Future patrzymy na zmianę właśnie w ten sposób

Nie zaczynamy od pytania: „Jak sprawić, żeby ludzie zrealizowali plan?”.

Najpierw pytamy:

Czy ten plan nadal prowadzi do właściwego celu?

Pomagamy organizacjom oddzielić kierunek od sposobu dojścia. Nazwać założenia. Zobaczyć sygnały płynące z organizacji. Zaprojektować możliwe opcje działania i sprawdzić je poprzez bezpieczne eksperymenty.

Bo zmiana rzadko przebiega dokładnie tak, jak została zaplanowana.

I bardzo dobrze.

Plan powinien pomagać poruszać się w rzeczywistości, a nie zmuszać rzeczywistość, żeby podporządkowała się planowi.

Wakacyjna lekcja zwinności

Może więc podczas najbliższego wyjazdu warto przyjrzeć się własnym reakcjom.

Co robimy, gdy pogoda psuje nasze plany?

Gdy droga okazuje się zamknięta?

Gdy ktoś z bliskich ma zupełnie inny pomysł na dzień?

Czy za wszelką cenę próbujemy zrealizować harmonogram?

Czy potrafimy zmienić trasę, pamiętając, po co właściwie wyruszyliśmy?

Bo czasem najlepsze wakacyjne wspomnienia powstają właśnie wtedy, gdy plan przestaje działać.

Być może z organizacjami jest podobnie.

Plan można zmienić. Kierunku nie wolno zgubić.

A może jest odwrotnie?

Może w części firm problemem nie jest zbyt mała zwinność, ale zbyt łatwe zmienianie planów pod hasłem „musimy reagować na rzeczywistość”?

Gdzie Waszym zdaniem kończy się zwinność, a zaczyna chaos?

Plany się zmieniają. Kierunek zostaje Dowiedz się więcej »

Dług zmiany, czyli co się dzieje, gdy organizacja przenosi problem na klienta

Duże zmiany organizacyjne często wyglądają dobrze z perspektywy prezentacji zarządczej.

Jest harmonogram. Są kamienie milowe. Jest projekt migracji. Są zespoły robocze. Jest komunikat, że proces został zakończony. Czasem nawet pojawia się zdanie o „sukcesie operacyjnym” albo „sprawnym przeprowadzeniu procesu”.

Problem zaczyna się wtedy, gdy po drugiej stronie tej zmiany stoi człowiek.

Klient. Pracownik. Użytkownik. Partner biznesowy.

Ktoś, kto nie patrzy na zmianę przez status projektu, tylko przez bardzo proste pytania:

Czy mogę korzystać z tego, co miało działać?
Czy wiem, co mam zrobić?
Czy ktoś mnie poinformował na czas?
Czy mam poczucie kontroli?
Czy w razie problemu dostaję spójną odpowiedź?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to zmiana nie została dobrze przeprowadzona. Nawet jeśli formalnie została wdrożona.

Przeprowadzka bez kluczy

Kilka tygodni temu, jako wieloletni klient Citi, zostałem przeniesiony do VeloBanku. Przez blisko 20 lat korzystałem z usług jednego banku, po czym w wyniku dużej transakcji i migracji klientów znalazłem się w zupełnie nowej rzeczywistości.

Sama decyzja biznesowa nie jest tu najciekawsza. Firmy kupują, sprzedają, łączą się, przejmują aktywa, produkty i klientów. Tak działa rynek.

Ciekawsze jest to, jak taka zmiana została doświadczona przez klienta.

Na początku był problem podstawowy: poczucie braku pełnej, jasnej i wcześniejszej komunikacji. Klient banku nie ma obowiązku śledzić fuzji, przejęć i komunikatów branżowych. Ma natomiast prawo oczekiwać, że jeśli jego produkty, dane, dostęp do pieniędzy i codzienna obsługa zostają przeniesione do innej instytucji, to zostanie o tym poinformowany w sposób prosty, konkretny i z odpowiednim wyprzedzeniem.

Nie chodzi tylko o formalne spełnienie obowiązku informacyjnego.

Chodzi o doświadczenie zmiany.

Bo zmiana w banku to nie jest zmiana koloru ikonki w aplikacji. To dostęp do pieniędzy, poczucie bezpieczeństwa i zaufanie. Trzy rzeczy, których nie da się skutecznie migrować samym harmonogramem technicznym.

Operacja się udała, klient nadal czeka

Pierwsze dni po migracji były trudne. Problemy z dostępem, niepewność, trudność w uzyskaniu informacji, przeciążone kanały kontaktu. Można powiedzieć: zdarza się. Duże migracje bywają skomplikowane. Systemy bankowe są złożone. Dane są wrażliwe. Procesy regulowane.

Tylko że po kilku tygodniach nie mówimy już o pierwszym szoku.

Mówimy o jakości zmiany.

Minęły mniej więcej trzy tygodnie i okazało się, że coś, co miało zostać przeniesione automatycznie, w praktyce wymaga kolejnych działań po stronie klienta. Kolejnych dokumentów. Kolejnych podpisów. Kolejnych wizyt albo akceptacji w aplikacji. Kolejnych prób ustalenia, co właściwie działa, a co tylko wygląda, jakby działało.

Przykład?

Przelew własny z konta firmowego na konto osobiste.

Z perspektywy klienta to nie jest zaawansowana operacja finansowa. To raczej codzienna bankowa higiena. Loguję się, wybieram rachunek, robię przelew.

W praktyce okazało się, że funkcjonalność nie działa. W oddziale usłyszałem, że trzeba podpisać odpowiednie porozumienie dotyczące dostępu do konta i po 48 godzinach wszystko powinno zacząć działać. Procedura brzmiała rozsądnie: dokument, termin, oczekiwanie.

Mijają dni. Nie działa.

Telefon do banku przynosi inną informację: ta funkcjonalność w ogóle nie działa.

I tu zaczyna się prawdziwy problem.

Nie chodzi już tylko o niedziałającą funkcję. Chodzi o niespójność informacji, brak jasnej odpowiedzialności i poczucie, że klient sam musi koordynować proces, którego nie projektował.

Dług zmiany

W technologii mówi się często o długu technologicznym. To koszt decyzji podejmowanych szybko, tymczasowo, z założeniem, że „poprawimy później”.

Podobne zjawisko istnieje w zarządzaniu zmianą. Można je nazwać długiem zmiany.

Powstaje wtedy, gdy organizacja spieszy się z wdrożeniem, upraszcza komunikację, nie domyka procesów, nie przygotowuje ludzi z pierwszej linii, zakłada, że problemy „jakoś się obsłuży”, a klient lub pracownik „jakoś sobie poradzi”.

Tylko że „jakoś” rzadko oznacza dobrze.

Dług zmiany nie znika w dniu uruchomienia systemu. On tylko zmienia właściciela.

Najpierw jest po stronie zespołu projektowego.
Potem trafia do oddziałów.
Potem do infolinii.
Potem do reklamacji.
A na końcu ląduje u klienta.

Klient płaci za ten dług swoim czasem, cierpliwością i zaufaniem.

Dzwoni. Jeździ. Pisze. Podpisuje. Czeka. Tłumaczy swoją sytuację kolejnym osobom. Słyszy różne odpowiedzi w różnych kanałach. I z czasem przestaje pytać: „kiedy to zacznie działać?”.

Zaczyna pytać: „czy ktoś tam w ogóle widzi całość?”.

To bardzo niebezpieczny moment dla każdej organizacji.

Bo problemy techniczne można naprawić. Formularze można poprawić. Funkcjonalności można uruchomić. Ale poczucie, że nikt nie panuje nad sytuacją, zostaje znacznie dłużej.

Zmiana nie kończy się w systemie

Organizacje często patrzą na zmianę od środka.

Czy migracja została zakończona?
Czy system został uruchomiony?
Czy produkty zostały przeniesione?
Czy komunikaty zostały wysłane?
Czy zgody zostały zebrane?
Czy procedury są dostępne?

To ważne pytania. Ale niewystarczające.

Klient pyta inaczej:

Czy mogę zrobić przelew?
Czy wiem, co mam podpisać?
Czy informacja z oddziału i infolinii jest taka sama?
Czy ktoś potrafi mi powiedzieć, co naprawdę działa?
Czy muszę sam prowadzić prywatne śledztwo w sprawie własnego konta?

Jeżeli organizacja odpowiada na pytania wewnętrzne, ale nie odpowiada na pytania klienta, to zmiana jest domknięta tylko formalnie.

A formalne domknięcie zmiany nie oznacza, że ludzie jej doświadczają jako uporządkowanej, bezpiecznej i sensownej.

Automatyzacja bez odpowiedzialności

W tej historii szczególnie ciekawe jest napięcie między automatyzacją a odpowiedzialnością.

Z perspektywy klienta część rzeczy miała wydarzyć się automatycznie. Produkty miały zostać przeniesione, dostęp zachowany, funkcjonalności uruchomione, a nowa rzeczywistość miała po prostu działać.

W praktyce pojawiła się seria ręcznych działań: podpisz dokument, zaakceptuj regulamin, odwiedź oddział, poczekaj, zadzwoń, złóż reklamację, sprawdź ponownie.

Automatyzacja, która wymaga od klienta ciągłej interwencji, przestaje być wygodą. Staje się labiryntem.

A kiedy system pokazuje funkcję, która nie działa, klient nie myśli o architekturze IT, zależnościach procesowych ani wyjątkach migracyjnych.

Myśli prościej:

Dlaczego znowu tracę czas?

Lekcja dla każdej organizacji

Ta historia nie jest tylko o bankach.

To historia o każdej firmie, która przeprowadza zmianę i skupia się głównie na tym, żeby dowieźć projekt, a za mało na tym, żeby człowiek po drugiej stronie wiedział, co się dzieje.

Może chodzić o wdrożenie nowego systemu CRM.
Może chodzić o reorganizację.
Może chodzić o zmianę procedur obsługi klienta.
Może chodzić o nowy model pracy.
Może chodzić o połączenie firm.
Może chodzić o zmianę strategii.

Mechanizm jest podobny.

Jeżeli ludzie nie wiedzą, co się dzieje, zaczynają tworzyć własne interpretacje.
Jeżeli dostają niespójne informacje, tracą zaufanie.
Jeżeli muszą sami odkrywać proces, rośnie frustracja.
Jeżeli nikt nie bierze odpowiedzialności za całość, każda drobna trudność staje się dowodem chaosu.

Dlatego w zmianie nie wystarczy zaplanować system, proces i komunikat.

Trzeba zaplanować doświadczenie człowieka.

Co zobaczy jako pierwsze?
Czego się przestraszy?
Jakie pytania zada?
Gdzie utknie?
Kto mu pomoże?
Czy osoby z pierwszej linii będą mówiły jednym głosem?
Co zrobimy, gdy coś nie zadziała?

To są pytania, które często wydają się miękkie. W praktyce są bardzo twarde, bo wpływają na zaufanie, reputację, koszty obsługi, liczbę reklamacji i lojalność klientów.

Higiena zmiany

Po kilku tygodniach od migracji nie oczekuję cudów. Wystarczyłaby spójność.

Jeżeli coś nie działa, warto powiedzieć, że nie działa.
Jeżeli wymaga dokumentu, wszystkie kanały powinny mówić to samo.
Jeżeli funkcjonalność jest niedostępna, nie powinna udawać dostępnej.
Jeżeli klient ma coś zrobić, powinien wiedzieć dokładnie co, po co i z jakim skutkiem.

To nie są luksusy.

To higiena zmiany.

Zmiana nie kończy się wtedy, kiedy organizacja uzna, że ją wdrożyła. Zmiana kończy się wtedy, kiedy człowiek po drugiej stronie odzyskuje poczucie kontroli.

Może działać.
Wie, co ma zrobić.
Rozumie swoje opcje.
Dostaje spójne informacje.
Nie czuje się sam z konsekwencjami czyjegoś niedopracowanego procesu.

Bo w zmianie najważniejsze nie jest to, czy system raportuje sukces.

Najważniejsze jest to, czy człowiek po drugiej stronie nie czuje, że został przeniesiony jak mebel.

Nawet meble zabezpiecza się folią bąbelkową.

Klientów, pracowników i użytkowników warto zabezpieczyć jeszcze lepiej: dobrą komunikacją, spójnym procesem i odpowiedzialnością za całość doświadczenia.

Jeśli Twoja organizacja przygotowuje dużą zmianę: wdrożenie systemu, reorganizację, zmianę procesów lub integrację zespołów, warto zadać jedno pytanie wcześniej:

kto zapłaci dług tej zmiany, jeśli nie domkniemy jej dobrze?

W Agile For Future pomagamy projektować zmiany tak, żeby nie kończyły się na slajdzie, tylko działały w praktyce.


Dług zmiany, czyli co się dzieje, gdy organizacja przenosi problem na klienta Dowiedz się więcej »

Projekt, którego nie zrobiliśmy. I bardzo dobrze.

Czasami największą wartością dobrze poprowadzonego warsztatu nie jest to, że uczestnicy wychodzą z gotowym planem działania.

Czasami największą wartością jest to, że wychodzą z decyzją:

„Tego projektu nie powinniśmy robić.”

Brzmi mało efektownie?

Być może.

Nie ma fajerwerków, nie ma harmonogramu na 17 zakładek w Excelu, nie ma kolorowej mapy drogowej, nie ma zespołu projektowego z dramatycznie brzmiącą nazwą. Trudno to później opisać w prezentacji dla zarządu jako „strategiczną inicjatywę transformacyjną”.

A jednak z punktu widzenia organizacji to może być jedna z najlepszych decyzji.

Bo najtańszy projekt to nie ten, który zmieścił się w budżecie.

Najtańszy projekt to czasami ten, którego w ogóle nie rozpoczęto, bo na początku okazało się, że nie ma sensu.

Zarządzanie projektami zaczyna się wcześniej, niż myślimy

Jakiś czas temu prowadziłem warsztat z zarządzania projektami.

Klasyczny temat: jak dobrze przygotować projekt, jak określić cel, interesariuszy, zakres, ryzyka, odpowiedzialności i kolejne kroki. Czyli wszystko to, co zwykle kojarzymy z porządnym podejściem projektowym.

Ale dołożyłem do tego element charakterystyczny dla zwinnej logiki zarządzania zmianą.

Wgląd.

Nie jako modne słowo do prezentacji.

Nie jako elegancką nazwę dla „zróbmy szybką analizę”.

Tylko jako bardzo praktyczny etap, który pomaga zatrzymać się przed działaniem i odpowiedzieć na kilka niewygodnych pytań:

Po co właściwie chcemy to zrobić?

Jaki problem próbujemy rozwiązać?

Skąd wiemy, że to naprawdę jest problem?

Kto odczuwa jego skutki?

Co się stanie, jeśli nic nie zrobimy?

Czy projekt, który planujemy, rzeczywiście odpowiada na przyczynę, czy tylko elegancko przykrywa objawy?

I właśnie wtedy wydarzyło się coś bardzo ciekawego.

Grupa, która „zabiła” własny projekt

Uczestnicy pracowali na swoich realnych wyzwaniach. Nie na wymyślonych case’ach z podręcznika, gdzie firma nazywa się „ABC sp. z o.o.”, produkuje „produkt X”, a wszyscy udają, że to ma coś wspólnego z życiem.

Pracowali na tym, co naprawdę może się wydarzyć w ich organizacji.

Jedna z grup wzięła na warsztat potencjalny projekt, który mógłby być w przyszłości uruchomiony. Na pierwszy rzut oka wyglądało to rozsądnie. Był temat, była potrzeba, było poczucie, że „coś trzeba z tym zrobić”.

Czyli klasyczny początek wielu projektów.

Ktoś coś zauważył.

Ktoś coś zgłosił.

Ktoś powiedział: „Musimy się tym zająć”.

I organizacyjna maszyna zaczyna się powoli rozgrzewać.

Tylko że tym razem, zanim ruszyła, grupa zaczęła pracować na wglądzie.

Zaczęli sprawdzać założenia.

Zaczęli oddzielać fakty od opinii.

Zaczęli pytać, czy problem rzeczywiście istnieje w takiej skali, jak im się wydawało.

Zaczęli analizować, czy projekt faktycznie ma uzasadnienie biznesowe i organizacyjne.

I po pewnym czasie doszli do wniosku:

Ten projekt nie ma sensu.

Nie dlatego, że ktoś był przeciwnikiem zmian.

Nie dlatego, że zabrakło energii.

Nie dlatego, że grupa „nie dowiozła”.

Wręcz przeciwnie.

Grupa wykonała bardzo dobrą pracę.

Po prostu dobrze zrobiony wgląd pokazał, że projekt nie ma wystarczających podstaw.

To nie była porażka. To był sukces.

W wielu organizacjach taka sytuacja zostałaby potraktowana dziwnie.

Jak to?

Był temat i nie ma projektu?

Było spotkanie i nie ma harmonogramu?

Była praca i nie ma listy zadań?

Przecież coś powinno z tego wyjść.

No właśnie wyszło.

Wyszła decyzja, że nie warto angażować ludzi, czasu, pieniędzy i uwagi w inicjatywę, która nie rozwiązuje realnego problemu.

A to jest bardzo konkretny rezultat.

W świecie, w którym firmy są przeciążone projektami, inicjatywami, transformacjami, wdrożeniami, programami strategicznymi i „szybkimi tematami na już”, umiejętność powiedzenia „tego nie robimy” staje się jedną z ważniejszych kompetencji organizacyjnych.

Bo problemem wielu firm nie jest brak pomysłów.

Problemem jest brak selekcji.

Nie brakuje inicjatyw.

Brakuje odwagi, żeby sprawdzić, które z nich naprawdę mają sens.

Wgląd chroni przed projektowym automatyzmem

W organizacjach często działa pewien automatyzm.

Pojawia się problem, więc uruchamiamy projekt.

Pojawia się napięcie, więc tworzymy zespół roboczy.

Pojawia się oczekiwanie, więc budujemy rozwiązanie.

Pojawia się presja, więc ruszamy z wdrożeniem.

A potem po kilku miesiącach wszyscy są już zmęczeni, budżet się rozchodzi, ludzie mają poczucie, że „znowu coś”, a na końcu okazuje się, że problem albo nadal istnieje, albo nigdy nie był tym problemem, który próbowaliśmy rozwiązać.

To trochę jak leczenie bólu głowy zakupem nowych butów.

Można.

Tylko medycznie dość odważnie.

Wgląd pozwala zatrzymać ten automatyzm.

Nie po to, żeby spowalniać organizację.

Po to, żeby nie rozpędzać jej w złą stronę.

Bo zwinność nie polega na tym, żeby robić wszystko szybciej.

Zwinność polega na tym, żeby szybciej się uczyć, szybciej sprawdzać założenia i szybciej rezygnować z tego, co nie tworzy wartości.

Dobry projekt zaczyna się od dobrego pytania

W klasycznym podejściu do projektów często szybko przechodzimy do pytań wykonawczych:

Kto będzie właścicielem projektu?

Jaki jest harmonogram?

Jakie są kamienie milowe?

Jakie mamy zasoby?

Kiedy startujemy?

To są ważne pytania. Ale one mają sens dopiero wtedy, gdy wcześniej odpowiemy na pytania bardziej podstawowe:

Czy ten projekt jest naprawdę potrzebny?

Czy problem jest dobrze rozpoznany?

Czy wiemy, dla kogo tworzymy zmianę?

Czy mamy wystarczające dane, czy tylko mocne przekonania?

Czy nie próbujemy wdrażać rozwiązania, zanim zrozumieliśmy sytuację?

Właśnie tutaj pojawia się wgląd.

W Zwinnologii traktujemy go jako pierwszy, kluczowy element myślenia o zmianie. Nie jako teoretyczny etap, który trzeba odhaczyć. Raczej jako moment uczciwego spojrzenia organizacji w lustro.

A lustro, jak wiadomo, bywa bezlitosne.

Nie zawsze pokazuje to, co chcielibyśmy zobaczyć.

Ale zwykle pokazuje to, co warto zobaczyć.

Wgląd oszczędza nie tylko pieniądze

Często mówimy, że dobre przygotowanie projektu oszczędza budżet.

To prawda.

Ale wgląd oszczędza coś jeszcze cenniejszego.

Uwagę organizacji.

A uwaga jest dziś jedną z najbardziej deficytowych walut w firmach.

Można mieć ludzi.

Można mieć budżet.

Można mieć narzędzia.

Można mieć piękny plan.

Ale jeśli organizacja jest zasypana zbyt dużą liczbą inicjatyw, to nawet dobre projekty zaczynają ze sobą konkurować. O czas menedżerów. O energię zespołów. O komunikację. O decyzyjność. O przestrzeń w kalendarzu.

Dlatego wgląd jest tak ważny.

Pomaga nie tylko dobrze rozpocząć projekt.

Pomaga również nie rozpoczynać tych projektów, które nie powinny wystartować.

A to bywa trudniejsze niż uruchomienie kolejnej inicjatywy.

Bo do rozpoczęcia projektu wystarczy czasem entuzjazm.

Do rezygnacji z projektu potrzeba dojrzałości.

Puenta?

Po tamtym warsztacie zostało mi jedno mocne przekonanie.

Dobrze poprowadzony wgląd potrafi dać organizacji ogromną wartość już na samym początku pracy.

Czasami prowadzi do lepszego zdefiniowania projektu.

Czasami pomaga odkryć realne przyczyny problemu.

Czasami pokazuje, że trzeba zmienić zakres działania.

A czasami pozwala powiedzieć:

„Nie róbmy tego. To nie ma sensu.”

I to nie jest brak działania.

To jest bardzo świadome działanie.

Bo w zarządzaniu projektami i zmianami nie chodzi o to, żeby mieć więcej projektów.

Chodzi o to, żeby realizować te, które naprawdę mają znaczenie.

Reszta to tylko elegancko opakowane marnowanie energii. A tego w firmach mamy już wystarczająco dużo, nawet bez dodatkowego projektu.

A przy okazji sprawdź nasze szkolenia otwarte i ofertę oraz ofertę usług doradczych

Projekt, którego nie zrobiliśmy. I bardzo dobrze. Dowiedz się więcej »

Agile Starter Pack – jak obniżyć koszt źle rozpoczętej zmiany

Są w firmach wydatki, które widać od razu.

Nowe narzędzie.
Szkolenie.
Warsztat.
Konsultanci.
Nowy system do zarządzania zadaniami.

I są też koszty, których prawie nikt nie wpisuje do Excela.

Koszt źle rozpoczętej zmiany.
Koszt wdrażania czegoś, czego organizacja nie rozumie.
Koszt spotkań, które dają ruch, ale nie dają postępu.
Koszt energii ludzi, którzy mają „robić Agile”, choć nikt nie wyjaśnił im, co to właściwie znaczy.

To właśnie dlatego tak wiele organizacji przepala czas, pieniądze i zaangażowanie, zanim w ogóle dotknie prawdziwego problemu.

Najdroższe w zmianie nie jest wdrożenie

Najdroższe w zmianie bardzo często nie jest samo wdrożenie.

Najdroższy jest zły początek.

Bo kiedy firma startuje bez diagnozy, zwykle dzieje się kilka rzeczy naraz:

  • wdraża praktyki, które dobrze wyglądają, ale słabo pasują do realnego problemu,
  • przeciąża ludzi dodatkowymi rytuałami,
  • myli aktywność z efektem,
  • a po kilku miesiącach dochodzi do wniosku, że „to nie działa”.

Wtedy organizacja płaci podwójnie.

Najpierw za wdrożenie.
Potem za rozczarowanie.

A rozczarowanie zmianą kosztuje więcej niż licencja na dowolne narzędzie.
Bo podkopuje zaufanie do kolejnych inicjatyw.

ROI z diagnozy nie polega na tym, że wszystko nagle działa

W biznesie lubimy mówić o ROI.

I słusznie.

Tyle że przy zwinności ROI nie zaczyna się od pytania:
„ile zarobimy na Agile?”

Znacznie lepsze pytanie brzmi:
„ile stracimy, jeśli zaczniemy bez diagnozy?”

Bo dobrze zrobiony start daje zwrot nie tylko w pieniądzu. Daje też zwrot w:

  • czasie, którego nie marnujesz na źle dobrane działania,
  • energii zespołów, których nie przeciążasz bez sensu,
  • jakości decyzji, bo nie działasz po omacku,
  • oraz wiarygodności liderów, którzy nie ogłaszają zmiany tylko dlatego, że brzmi nowocześnie.

Najprościej mówiąc:
diagnoza nie daje spektakularnego fajerwerku. Daje mniej głupich kosztów.

A to w zmianach bywa jedną z najlepszych inwestycji.

Dane nie są romantyczne, ale bywają brutalnie uczciwe

W IX Ogólnopolskim Badaniu Zarządzania Zmianą tylko 28% zmian w pełni osiągnęło zakładane cele. Dodatkowo 34% respondentów nie potrafiło określić, jaka metodyka była stosowana, a tam, gdzie brakowało tej wiedzy, sukces zmiany był wyraźnie niższy. 

To ważny sygnał.

Nie dlatego, że każda firma powinna teraz gorączkowo szukać jednej słusznej metodyki.

Tylko dlatego, że bez jasności co do sposobu działania, punktu wyjścia i sensu zmiany, organizacja bardzo szybko zaczyna działać w trybie:

„coś róbmy, a potem zobaczymy”.

To czasem działa w kuchni.
W zmianach organizacyjnych zwykle kończy się drożej.

Agile Starter Pack nie powstał po to, żeby zachwycać

Powstał po to, żeby pomóc firmom zacząć mądrzej.

Agile Starter Pack to krótki e-book, który pomaga spojrzeć na zwinność z dwóch perspektyw:

  • indywidualnej — czyli jak Ty jako lider lub menedżer reagujesz na niepewność, podejmujesz decyzje i działasz bez pełnej kontroli,
  • organizacyjnej — czyli na ile firma wspiera elastyczność, samodzielność, uczenie się i sensowne reagowanie na zmiany. 

To nie jest wielki audyt.
To nie jest raport na 80 stron.
To nie jest konsultingowy teatr.

To jest pierwszy krok do Wglądu.

A Wgląd w naszym podejściu nie jest dodatkiem. Jest początkiem. Agile Starter Pack opiera się na prostym cyklu: Wgląd → Opcje działań → Eksperymenty.

Czyli najpierw patrzysz.
Potem wybierasz.
Dopiero później działasz.

Brzmi banalnie?

Tak. I właśnie dlatego tak rzadko jest robione porządnie.

Najwięcej firm nie potrzebuje dziś więcej Agile. Potrzebuje mniej iluzji

To może brzmieć prowokacyjnie, ale wiele organizacji nie potrzebuje dziś więcej narzędzi, więcej ceremonii ani większej liczby spotkań o zwinności.

Potrzebuje mniej iluzji.

Mniej udawania, że sama tablica rozwiąże problem odpowiedzialności.
Mniej wiary, że sprint naprawi chaos decyzyjny.
Mniej nadziei, że zmiana słownika stworzy zmianę kultury.

I więcej uczciwego pytania:

  • gdzie naprawdę jesteśmy,
  • co nas spowalnia,
  • co już działa,
  • czego nie warto dłużej pudrować,
  • i od czego najlepiej zacząć.

Bo czasem najlepsze ROI nie bierze się z tego, że robisz więcej.

Tylko z tego, że przestajesz robić rzeczy nietrafione.

Agile Starter Pack jako filtr, nie ozdoba

Dobrze użyty Agile Starter Pack działa trochę jak filtr.

Pomaga oddzielić:

  • modę od potrzeby,
  • objawy od przyczyn,
  • aktywność od postępu,
  • i deklaracje od realnej gotowości organizacji.

Dzięki temu łatwiej zdecydować, czy problemem naprawdę jest brak zwinności, czy może:

  • przeciążenie inicjatywami,
  • słaba jakość współpracy,
  • brak autonomii,
  • niska gotowość liderów do działania w niepewności,
  • albo kultura, która premiuje ostrożność bardziej niż uczenie się.

To właśnie tutaj pojawia się realna wartość biznesowa.

Nie w haśle „wdrożyliśmy Agile”.
Tylko w tym, że organizacja zaczyna inwestować uwagę i energię tam, gdzie rzeczywiście ma to sens.

Najtańsza rzecz, której wiele firm nie robi

Właśnie dlatego Agile Starter Pack może być jedną z najtańszych i najbardziej sensownych rzeczy, jakie firma zrobi przed większą zmianą.

Nie obiecuje cudów.
Nie sprzedaje rewolucji.
Nie mówi, że po przeczytaniu e-booka organizacja nagle stanie się zwinniejsza.

Ale robi coś bardzo potrzebnego:

pomaga zatrzymać się przed kosztownym ruchem wykonanym w złą stronę.

A czasem to właśnie jest najlepszy możliwy zwrot z inwestycji.

Chcesz sprawdzić, czy Twoja firma potrzebuje Agile, czy raczej diagnozy?

Jeśli chcesz podejść do zwinności sensownie, a nie dekoracyjnie, zacznij od punktu wyjścia.

Pobierz Agile Starter Pack i zobacz:

  • jak spojrzeć na zwinność z perspektywy lidera i organizacji,
  • jakie pytania warto sobie zadać na starcie,
  • i jak przejść od Wglądu do pierwszych sensownych działań. 

Bo w zmianie najdroższe nie jest to, że zrobisz za mało.

Najdroższe bywa to, że ruszysz szybko, ale w ciemno.

Agile Starter Pack – jak obniżyć koszt źle rozpoczętej zmiany Dowiedz się więcej »