Zwinne Zarządzanie Zmianą

Projekt cyfryzacji - jak zwiększyć szanse powodzenia

Jak zwiększyć szanse powodzenia projektu cyfryzacji?

W przedmowie do „Zwinnologii” Jason Little opisał historię, do której często wracam podczas pracy z zespołami projektowymi. Podczas jednego z wystąpień zapytał uczestników, co by się stało, gdyby weszli do biura sponsorów zmiany i zaczęli je przemeblowywać tylko dlatego, że mają certyfikaty z dekorowania biur. Odpowiedź była natychmiastowa: wyrzuciliby ich.

To prosta metafora, ale bardzo dobrze pokazuje błąd, który można popełnić podczas projektów cyfryzacji.

Projekt cyfryzacji: kiedy zespół projektowy zaczyna „przestawiać meble”

Zaobserwowałem, że w wielu firmach w projekcie cyfryzacji zespół projektowy określa cel przedsięwzięcia, wybiera technologię lub system, ustala zakres projektu, projektuje przyszły sposób działania i kolejne etapy wdrożenia. Może przy tym bardzo dobrze znać cele biznesowe i dysponować dużą wiedzą techniczną. Problem zaczyna się wtedy, gdy robi to bez udziału ludzi, którzy później będą korzystać z nowego rozwiązania.

W praktyce zespół projektowy zaczyna użytkownikom „przestawiać meble”.

Nowy system oznacza przecież często znacznie więcej niż zmianę narzędzia. Zmienia sposób wykonywania zadań, dostęp do informacji, podział czynności między pracownikami, kolejność działań czy sposób współpracy między działami.

Jeżeli odbiorcy zmiany zostaną włączeni dopiero wtedy, gdy większość decyzji została już podjęta, ich możliwości wpływu na rozwiązanie są niewielkie. Można ich szkolić, informować, tłumaczyć im korzyści i zachęcać do korzystania z systemu. Trudniej jednak mówić o ich udziale w projektowaniu zmiany. A przecież właśnie oni będą przy tych nowych „meblach” pracować.

Jak traktuję ten problem podczas szkolenia?

Jeżeli prowadzę szkolenie z zarządzania zmianą dla zespołu odpowiedzialnego za projekt cyfryzacji, wykorzystuję historię Jasona Little’a i pytam uczestników:

Komu w tym projekcie możecie „przestawić meble”?

To pytanie kieruje uwagę zespołu na odbiorców zmiany. Kolejne brzmi więc:

Kogo warto zaprosić do pracy nad Strategiczną Kanwą Zmiany?

Nie podaję zespołowi gotowej listy osób. Członkowie zespołu projektowego znają swoją organizację, zakres projektu i ludzi, na których zmianę będzie on miał największy wpływ. Wspólnie identyfikujemy więc kluczowych odbiorców, których warto włączyć do planowania zmiany. Pokazuję następnie, jak pracować ze Strategiczną Kanwą Zmiany w składzie obejmującym zarówno zespół projektowy, jak i przedstawicieli użytkowników. Dzięki temu szkolenie nie kończy się na poznaniu kolejnego narzędzia. Zespół wie również, z kim powinien nad nim pracować.

Jak robię to w projekcie doradczym?

W projekcie doradczym przechodzimy od rozmowy do działania. Najpierw pokazuję zespołowi projektowemu ryzyko związane z „przestawianiem mebli” użytkownikom. Następnie wspólnie ustalamy, kogo zaprosimy na warsztat planowania zmiany.

W warsztacie uczestniczą członkowie zespołu projektowego oraz kluczowi odbiorcy zmiany. Dopiero w takim składzie rozpoczynamy pracę nad Strategiczną Kanwą Zmiany. Już podczas pracy nad Stanem docelowym pojawiają się różne spojrzenia na cyfryzację. Zespół projektowy może patrzeć na zmianę przez pryzmat rozwiązania, procesu czy celów projektu. Użytkownicy patrzą na to, jak po wdrożeniu będzie wyglądała ich codzienna praca. Dzięki ich obecności nie musimy zgadywać, jak odbiorcy wyobrażają sobie sytuację po zmianie. Możemy ich o to zapytać.

Podobnie jest podczas pracy nad pytaniem „Dlaczego?”. Wspólnie określamy, dlaczego zmiana jest potrzebna i dlaczego warto przeprowadzić ją właśnie teraz. Szukamy “Dlaczego” ważnego dla każdej grupy odbiorców (i kluczowych interesariuszy). To dobry moment na dyskusję, bo wypisane argumenty za zmianą można od razu wykorzystać przy planowaniu komunikacji i dalszych działań.

Zarządzanie zmianą jest częścią projektu cyfryzacji

Technologia może być ważnym elementem projektu cyfryzacji, ale o sposobie jej wykorzystania ostatecznie decydują ludzie. Jeśli przygotowujesz ważny projekt cyfryzacji, pamiętaj, że szanse jego powodzenia zależą również od zarządzania zmianą. Skontaktuj się ze mną. Porozmawiamy, co możemy razem zrobić.

Jak zwiększyć szanse powodzenia projektu cyfryzacji? Dowiedz się więcej »

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej

Pełny kalendarz. Pusta wartość. Jak organizacje mylą zajętość ze skutecznością

Są w organizacjach ludzie, których zawsze jest pełno.

Biegną ze spotkania na spotkanie. Nie mają czasu na rozmowę. Odpisują w pośpiechu.
Ich kalendarz wygląda jak plansza do Tetrisa na najwyższym poziomie trudności.

— Przepraszam, mam tylko pięć minut.
— Jestem zawalony.
— Dzisiaj praktycznie cały dzień na spotkaniach.
— Nie wiem, kiedy ja mam właściwie pracować.

Brzmi znajomo?

A potem przychodzi dokument z banalnym błędem. Ktoś nie przeczytał załącznika. Nie sprawdził jednej liczby. Pomylił datę. Nie zauważył informacji, która była dwa akapity wyżej. Decyzja, która miała zająć pięć minut, wraca po trzech spotkaniach i piętnastu mailach.

I pojawia się pytanie:

jak to możliwe, że ktoś może być jednocześnie tak bardzo zajęty i tak mało uważny?

Być może problem wcale nie dotyczy tych ludzi. Być może problemem jest organizacja, która nauczyła ich, że zajętość wygląda lepiej niż skuteczność.

Kult zapracowania

W wielu firmach funkcjonuje nieformalny znak statusu.

Nie jest nim gabinet. Nie jest samochód służbowy. Nawet nie stanowisko. Jest nim brak czasu.

Im bardziej jesteś zajęty, tym ważniejszy się wydajesz. Jeżeli masz osiem spotkań dziennie, najwyraźniej jesteś potrzebny. Jeżeli odpowiadasz na maile o 22:47, najwyraźniej jesteś zaangażowany.

Jeżeli cały dzień biegasz pomiędzy pokojami albo przeskakujesz z Teamsa na Zooma, musisz być kimś istotnym.

Tyle że organizacja nie płaci ludziom za bycie zajętymi. Płaci za efekty.

I tu zaczyna się problem.

Aktywność jest widoczna. Efekt nie zawsze.

Aktywność łatwo zauważyć.

Widać człowieka na spotkaniu, jego wiadomości na czacie, kilkadziesiąt maili, zapełniony kalendarz, że „ciągle coś robi”.

Znacznie trudniej zobaczyć człowieka, który przez godzinę spokojnie analizuje problem, a potem podejmuje dobrą decyzję.

Nie widać przygotowania. Nie widać myślenia. Nie widać chwili, w której ktoś sprawdził dokument jeszcze raz i dzięki temu uniknął kosztownego błędu. Nie widać rozmowy, po której konflikt w zespole po prostu się nie wydarzył.

Dlatego organizacje mają naturalną skłonność do premiowania tego, co można łatwo zaobserwować.

A to może prowadzić do niebezpiecznego równania:

dużo aktywności = dużo pracy = duża wartość.

Tyle że to równanie bardzo często jest fałszywe.

Spotkanie też może być formą prokrastynacji

Są problemy, które wymagają spotkania. Ale są też spotkania, które pozwalają uniknąć problemu. Bo dużo łatwiej zorganizować kolejną godzinę dyskusji niż powiedzieć:

„Podejmuję decyzję”.

Łatwiej zaprosić siedem osób niż wziąć odpowiedzialność. Łatwiej przesłać temat dalej niż samemu przeczytać trzy strony dokumentu.

Łatwiej powiedzieć:

„Musimy to przedyskutować”.

Niż:

„Sprawdziłem. Proponuję zrobić to tak”.

W ten sposób spotkania zaczynają się mnożyć.

Jedno rodzi następne.

Na końcu pierwszego pada sakramentalne:

„To umówmy jeszcze krótkiego follow-upa”.

I oto powstaje perpetuum mobile współczesnej organizacji. Spotkanie generuje spotkanie, które generuje kolejne spotkanie.

A wszyscy są coraz bardziej zajęci.

Pośpiech produkuje błędy

Jest jeszcze jeden problem.

Ciągłe funkcjonowanie w trybie „nie mam czasu” obniża jakość pracy.

Kiedy człowiek co pół godziny zmienia kontekst, przeskakuje między tematami i stale reaguje na kolejne bodźce, zaczyna pracować powierzchownie. Czyta szybciej. Słucha mniej uważnie. Zakłada zamiast sprawdzać. Odpowiada zanim pomyśli.

Pomija szczegóły.

I wtedy pojawiają się właśnie te banalne błędy, które z zewnątrz wydają się absurdalne.

Jak można było tego nie zauważyć?

Można.

Jeżeli organizacja stworzyła środowisko, w którym człowiek jest przez cały dzień zajęty reagowaniem, może nie zostać mu już przestrzeń na myślenie.

A może problem leży w zarządzaniu?

Najłatwiej powiedzieć:

„On taki jest”.

„Ona zawsze robi wokół siebie dużo zamieszania”.

„Taki charakter”.

Być może.

Ale warto zadać inne pytanie:

co w naszej organizacji sprawia, że taki sposób działania się opłaca?

Czy awansujemy ludzi za rezultaty czy za widoczność?

Czy doceniamy osobę, która spokojnie rozwiązuje problem, czy tę, która najgłośniej o nim mówi?

Czy spotkanie jest u nas narzędziem pracy, czy rytuałem potwierdzającym, że „coś robimy”?

Czy menedżerowie pytają:

„Co osiągnęliśmy?”

czy raczej:

„Co robiliście?”

To nie jest to samo pytanie.

Organizacja dostaje to, co nagradza

Jeżeli w firmie opłaca się wyglądać na zajętego, ludzie zaczną wyglądać na zajętych.

Jeżeli opłaca się uczestniczyć w spotkaniach, będą uczestniczyć w spotkaniach.

Jeżeli obecność jest ważniejsza niż rezultat, będą obecni.

Jeżeli natomiast organizacja premiuje przygotowanie, samodzielność, jakość decyzji i dowożenie rezultatów, zachowania ludzi zaczną wyglądać inaczej.

Bo kultura organizacyjna nie powstaje z plakatów wiszących na ścianach.

Powstaje z tego, jakie zachowania są codziennie nagradzane, tolerowane albo ignorowane.

Może warto zacząć od prostego pytania

Następnym razem, kiedy ktoś powie:

„Nie mam czasu, mam cały dzień spotkania”,

nie trzeba od razu pytać:

„Jak cię odciążyć?”

Można najpierw zapytać:

„A które z tych spotkań naprawdę tworzą wartość?”

Albo jeszcze prościej:

„Co dzięki nim będzie zrobione lepiej, szybciej albo mądrzej?”

To może być niewygodne pytanie.

Ale czasem właśnie takich pytań organizacje potrzebują najbardziej.

Bo firma nie potrzebuje ludzi, którzy wyglądają na zajętych.

Potrzebuje ludzi, którzy mają przestrzeń, żeby myśleć, podejmować decyzje i wykonywać dobrą pracę.

A to czasami oznacza mniej spotkań. Mniej maili. Mniej biegania. Mniej szumu.

I więcej efektów.

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej Dowiedz się więcej »

Nowe przepisy antymobbingowe – jakie zmiany czekają Twoją firmę?

Nowe przepisy antymobbingowe – jakie zmiany czekają Twoją firmę?

5 listopada 2026 r. wchodzą w życie nowe przepisy dotyczące mobbingu. I właśnie tę datę warto zapamiętać, jeśli zarządzasz firmą albo odpowiadasz za HR. Pracodawcy zatrudniający co najmniej 10 pracowników będą mieli wprawdzie jeszcze sześć miesięcy – do 5 maja 2027 r. – na dostosowanie regulaminu pracy albo wprowadzenie odrębnego regulaminu. Łatwo więc uznać, że z tematem można poczekać do wiosny.

To byłby błąd.

Od 5 listopada zmieniają się obowiązki pracodawcy. Okres przejściowy dotyczy dostosowania regulacji wewnętrznych, a nie odroczenia całej zmiany. Regulamin można poprawić stosunkowo szybko. Przygotowanie menedżerów i pracowników, zmiana sposobu reagowania na niepożądane zachowania czy zbudowanie zaufania do procedury wymagają znacznie więcej czasu.

Co to zmieni w Twojej firmie?

Patrząc na nowelizację Kodeksu pracy, widać najistotniejsze zmiany:

  • zmienia się definicja mobbingu – będzie nim uporczywe nękanie pracownika; znika dotychczasowy wymóg „długotrwałości”;
  • nie będzie trzeba wykazywać zamiaru sprawcy – znaczenie będą miały zachowania i okoliczności konkretnej sytuacji;
  • pracodawca ma przeciwdziałać mobbingowi systematycznie – prowadzić działania prewencyjne, wykrywać mobbing, właściwie reagować, podejmować działania naprawcze i wspierać osoby nim dotknięte;
  • pracodawcy zatrudniający co najmniej 10 osób muszą określić reguły, procedury i częstotliwość działań związanych m.in. z przeciwdziałaniem mobbingowi;
  • przepisy wyraźnie oddzielają mobbing od normalnego zarządzania – uzasadniona i właściwie wyrażona krytyka czy rozliczanie pracownika z wykonanej pracy nie są mobbingiem;
  • rośnie ryzyko finansowe – pracownik, który dozna mobbingu, będzie mógł dochodzić zadośćuczynienia w wysokości co najmniej sześciokrotności minimalnego wynagrodzenia.

Z punktu widzenia osoby zarządzającej firmą szczególnie ważne jest jedno słowo: systematycznie. Na szkoleniach, jakie prowadzi Agile for Future podkreślamy, że przeciwdziałanie mobbingowi nie może sprowadzać się do stworzenia procedury, umieszczenia jej w intranecie i przeprowadzenia jednego szkolenia.

Nowe przepisy wymagają zmiany sposobu działania

Jako konsultant zarządzania zmianą patrzę na tę nowelizację szerzej niż tylko przez pryzmat nowych zapisów w Kodeksie pracy. Firma musi odpowiedzieć sobie na bardzo konkretne pytania:

  • Czy menedżerowie wiedzą, gdzie przebiega granica między wymaganiem a niewłaściwym zachowaniem?
  • Czy potrafią udzielać krytycznej informacji zwrotnej bez poniżania pracownika?
  • Czy pracownicy wiedzą, jak reagować, gdy widzą zachowanie, które budzi ich niepokój?
  • Czy wiedzą, gdzie zgłosić problem i co stanie się później?

I wreszcie: czy organizacja potrafi reagować zanim niewłaściwe zachowania przerodzą się w poważny problem?

Nowe przepisy nie dotyczą więc wyłącznie HR-u i prawników. Dotykają codziennego sposobu zarządzania ludźmi. Tą zmianą trzeba zarządzić i tu proponujemy wsparcie Agile for Future.

Jak przygotowujemy firmy w Agile for Future?

W Agile for Future przygotowaliśmy warsztat, który łączy poznanie nowych wymagań z projektowaniem sposobu ich wdrożenia w konkretnej organizacji. Na wstępie krótko omawiamy definicję mobbingu i zmiany przepisów Kodeksu pracy. To co najistotniejsze: pracujemy z uczestnikami nad zgłaszanymi przez nich sytuacjami oraz nad tym, jak firma powinna działać, gdy pojawi się problem.

Na warsztacie uczestnicy ustalają m.in., jak i gdzie powinno się zgłaszać niepożądane zachowania, kto powinien przyjmować zgłoszenia, jak wygląda dalsze postępowanie, jak chronić poufność, jak przeciwdziałać działaniom odwetowym, jak wspierać osoby dotknięte niewłaściwymi zachowaniami oraz jakie działania profilaktyczne powinny być prowadzone regularnie. Wypracowujemy też z menedżerami sposoby udzielania informacji zwrotnej pracownikom w taki sposób, aby działać skutecznie i nie być posądzanym o mobbing.

Pierwsze takie warsztaty już przeprowadziliśmy.

Ich uczestnicy wyszli z projektem procedury, który może zostać dalej dopracowany, skonsultowany prawnie i wdrożony. Otrzymali jednak znacznie więcej niż dokument.

Pracując nad własnym rozwiązaniem, musieli wspólnie odpowiedzieć na pytania: co dokładnie zrobimy, kiedy pojawi się problem, kto ma zareagować, jak będzie wyglądało zgłoszenie, kto podejmie decyzję i co wydarzy się później. To właśnie odróżnia wdrożenie zmiany od napisania procedury.

5 listopada jest ważniejszy niż 5 maja

5 maja 2027 r. to ostateczny termin na dostosowanie regulacji wewnętrznych. 5 listopada 2026 r. zaczynają obowiązywać nowe zasady. Jeżeli więc zarządzasz firmą zatrudniającą co najmniej 10 pracowników, nie warto odkładać przygotowań na ostatnie tygodnie okresu przejściowego.

Dokument można przygotować szybko. Zmiana zachowań, przygotowanie menedżerów i pracowników oraz uruchomienie systemu, który rzeczywiście działa, wymagają czasu.

Jeżeli chcesz przygotować swoją organizację do nowych przepisów i nie ograniczać się do napisania kolejnej procedury, porozmawiajmy o warsztacie Agile for Future.

Nowe przepisy antymobbingowe – jakie zmiany czekają Twoją firmę? Dowiedz się więcej »

AI w zarządzaniu projektem. Asystent, nie kierownik projektu?

Na co dzień jestem trenerem i konsultantem. Prowadzę warsztaty, pracuję z menedżerami, rozmawiam o zmianie, przywództwie, projektach i wykorzystaniu sztucznej inteligencji w pracy.

Ale mam też drugą perspektywę.

Jestem praktykiem.

Od dłuższego czasu pełnię rolę kierownika projektu, którego celem jest termomodernizacja budynku. To przedsięwzięcie, w którym spotykają się harmonogramy, budżety, dokumentacja, wykonawcy, instytucje, formalności, ryzyka, nieprzewidziane zdarzenia i – jak to w projektach – rzeczywistość, która nie zawsze ma ochotę podporządkować się temu, co zapisaliśmy w planie.

I właśnie w tym projekcie regularnie wykorzystuję narzędzia AI.

Nie po to, żeby zarządzały projektem za mnie.

Po to, żeby pomagały mi zarządzać nim lepiej.

AI nie prowadzi mojego projektu

To rozróżnienie jest dla mnie bardzo ważne.

Kiedy rozmawiamy dzisiaj o sztucznej inteligencji, łatwo wpaść w jedną z dwóch skrajności.

Pierwsza mówi:

„AI zrobi wszystko za nas”.

Druga:

„To tylko zabawka, która produkuje ładnie brzmiące teksty”.

Moje doświadczenie jest zupełnie inne.

AI potrafi być niezwykle użytecznym narzędziem pracy kierownika projektu. Ale pod jednym warunkiem: że pozostaje narzędziem.

To ja znam kontekst projektu.

To ja wiem, co wydarzyło się podczas rozmów z wykonawcą.

To ja rozumiem, dlaczego pewne opóźnienie jest naprawdę groźne, a inne można jeszcze spokojnie zaabsorbować.

To ja znam ludzi, interesariuszy, historię ustaleń i ograniczenia, których często nie ma w żadnym dokumencie.

I ostatecznie to ja podejmuję decyzję.

AI może przygotować analizę. Może dostrzec zależność, której wcześniej nie zauważyłem. Może zakwestionować moje założenie. Może zaproponować trzy warianty działania.

Ale nie może przejąć odpowiedzialności za decyzję.

I bardzo dobrze.

Gdzie AI rzeczywiście mi pomaga?

Przede wszystkim tam, gdzie kierownik projektu musi przetwarzać dużą ilość informacji.

Dokumentacja projektowa, harmonogramy, zestawienia, umowy, aneksy, raporty, korespondencja, notatki ze spotkań, wymagania instytucji finansujących – po pewnym czasie liczba informacji zaczyna być naprawdę duża.

AI świetnie sprawdza się jako dodatkowa warstwa analizy.

Mogę na przykład poprosić o porównanie dwóch dokumentów i wskazanie różnic.

Mogę sprawdzić, czy informacje znajdujące się w kilku miejscach są ze sobą spójne.

Mogę przeanalizować potencjalne ryzyka wynikające z aktualnej sytuacji projektu.

Mogę przygotować pierwszą wersję raportu okresowego na podstawie danych, które wcześniej zgromadziłem.

Mogę uporządkować notatki po spotkaniu albo zamienić kilkadziesiąt luźnych informacji w listę decyzji, odpowiedzialności i kolejnych kroków.

Mogę również zapytać:

„Czego tutaj nie widzę?”

I to jest jedno z moich ulubionych zastosowań AI.

Nie dlatego, że odpowiedź zawsze jest trafna.

Ale dlatego, że potrafi zmusić mnie do ponownego spojrzenia na problem.

AI jako partner do myślenia

To być może największa wartość tych narzędzi.

Nie traktuję AI wyłącznie jako maszyny do tworzenia tekstów.

Znacznie ciekawsze jest dla mnie wykorzystanie jej jako partnera do myślenia.

Jeżeli w projekcie pojawia się problem, mogę opisać sytuację i poprosić:

  • jakie widzisz ryzyka?
  • jakie przyjmuję tutaj założenia?
  • czego mogłem nie uwzględnić?
  • jakie są trzy możliwe scenariusze?
  • jakie pytania powinienem zadać wykonawcy?
  • jakie argumenty może przedstawić druga strona?
  • co może się wydarzyć, jeśli przesuniemy tę decyzję o miesiąc?
  • jakie dane powinienem mieć, zanim podejmę decyzję?

I nagle AI przestaje być „narzędziem do pisania”.

Staje się czymś w rodzaju dodatkowego członka zespołu, który nie podejmuje decyzji, ale pomaga przygotować się do jej podjęcia.

Ale AI także się myli

I tutaj zaczyna się najważniejsza część całej historii.

AI potrafi odpowiedzieć bardzo przekonująco.

Także wtedy, kiedy nie ma racji.

Dlatego jedną z najważniejszych kompetencji w pracy z AI nie jest dziś umiejętność napisania sprytnego promptu.

Jest nią umiejętność oceny odpowiedzi.

Kiedy wykorzystuję AI w projekcie, nigdy nie zakładam automatycznie, że skoro coś zostało wygenerowane, to jest poprawne.

Sprawdzam dane.

Wracam do dokumentów źródłowych.

Porównuję informacje.

Patrzę na kontekst.

Czasami przyjmuję propozycję AI.

Czasami ją poprawiam.

A czasami po prostu mówię: nie, to tutaj nie ma sensu.

I chyba właśnie w tym miejscu najlepiej widać różnicę między korzystaniem z AI a oddawaniem AI odpowiedzialności.

Kierownik projektu nadal jest potrzebny

Można nawet powiedzieć więcej.

Im lepsze stają się narzędzia AI, tym ważniejsza staje się rola człowieka, który potrafi ocenić ich pracę.

Bo ktoś nadal musi rozumieć projekt.

Ktoś musi rozmawiać z ludźmi.

Ktoś musi ważyć sprzeczne interesy.

Ktoś musi zdecydować, które ryzyko akceptujemy.

Ktoś musi powiedzieć: „idziemy w tę stronę”.

I ktoś musi później wziąć odpowiedzialność za konsekwencje.

AI może być świetnym asystentem kierownika projektu.

Nie powinno jednak stawać się kierownikiem projektu.

Szybciej nie zawsze znaczy lepiej

Jest jeszcze jedna pułapka.

Pierwszym efektem korzystania z AI jest zazwyczaj przyspieszenie pracy.

Raport, który kiedyś powstawał godzinę, można przygotować znacznie szybciej.

Analiza dokumentów trwa krócej.

Pierwsza wersja komunikatu pojawia się niemal natychmiast.

Ale sama szybkość nie jest jeszcze najważniejszą korzyścią.

Znacznie ciekawsze pytanie brzmi:

co zrobię z odzyskanym czasem?

Jeżeli wykorzystam go tylko po to, żeby wyprodukować dwa razy więcej dokumentów, być może niewiele zyskałem.

Jeżeli jednak przeznaczę go na analizę ryzyka, rozmowę z interesariuszem, przygotowanie wariantów działania czy dokładniejsze przemyślenie decyzji – wtedy AI rzeczywiście podnosi jakość zarządzania projektem.

I właśnie tego szukam w tych narzędziach.

Nie automatyzacji dla samej automatyzacji.

Tylko lepszej pracy.

Tego właśnie uczymy na naszych warsztatach

Razem z Jarkiem w Agile For Future prowadzimy warsztat „Zarządzanie projektami z wykorzystaniem narzędzi AI”.

I zależało nam na jednej rzeczy.

Nie chcieliśmy stworzyć szkolenia będącego prezentacją kolejnych narzędzi i efektownych demonstracji w rodzaju: „zobaczcie, AI w pięć sekund zrobiło harmonogram”.

Bo harmonogram wygenerować jest łatwo.

Znacznie trudniejsze pytanie brzmi:

czy jest to harmonogram, według którego można prowadzić prawdziwy projekt?

Dlatego podczas warsztatu patrzymy na AI z perspektywy codziennej pracy kierownika projektu.

Jak przygotować się do projektu?

Jak analizować dokumentację?

Jak identyfikować ryzyka?

Jak przygotowywać warianty decyzji?

Jak wspierać komunikację?

Jak przygotowywać spotkania?

Jak analizować informacje po spotkaniach?

Jak wspierać raportowanie?

Jak korzystać z AI tak, żeby przyspieszało pracę, ale nie obniżało jakości decyzji?

I przede wszystkim:

jak zachować kontrolę nad procesem, kiedy część pracy wykonuje za nas sztuczna inteligencja?

Nie uczymy czegoś, czego sami nie używamy

To jest dla mnie szczególnie ważne.

Na rynku szkoleń związanych z AI bardzo łatwo jest dziś pokazać kilkanaście efektownych przykładów i opowiedzieć, jak potencjalnie można wykorzystać konkretne narzędzie.

My chcemy pójść krok dalej.

To, czego uczymy, wykorzystuję również w swojej pracy.

W prawdziwym projekcie.

Z prawdziwym budżetem.

Z prawdziwymi terminami.

Z prawdziwymi dokumentami, wykonawcami, interesariuszami i problemami.

I z prawdziwą odpowiedzialnością za podejmowane decyzje.

Dzięki temu wiem również, gdzie AI działa znakomicie, gdzie trzeba podchodzić do niej ostrożnie, a gdzie najrozsądniejszą decyzją jest po prostu jej nie używać.

Bo dojrzałe korzystanie z AI nie polega na tym, żeby używać jej wszędzie.

Polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy rzeczywiście wnosi wartość.

AI jako drugi pilot

Gdybym miał więc opisać swoją relację z AI w projekcie jednym zdaniem, powiedziałbym:

AI jest moim drugim pilotem, ale nie siedzi za sterami.

Pomaga.

Podpowiada.

Analizuje.

Porządkuje.

Kwestionuje.

Czasami dostrzega coś, czego wcześniej nie zauważyłem.

Ale kierunek nadal wyznacza człowiek.

I właśnie takiego wykorzystania sztucznej inteligencji w zarządzaniu projektami chcemy uczyć.

Jeżeli więc zarządzasz projektami i zastanawiasz się nie nad tym, czy AI pojawi się w Twojej pracy, ale jak korzystać z niej mądrze i praktycznie, zapraszamy na warsztat „Zarządzanie projektami z wykorzystaniem narzędzi AI” Agile For Future.

Bez obietnicy, że AI poprowadzi projekt za Ciebie.

Za to z bardzo konkretnymi sposobami, dzięki którym może pomóc Ci prowadzić go lepiej.

AI w zarządzaniu projektem. Asystent, nie kierownik projektu? Dowiedz się więcej »

Procedura to za mało. Jak naprawdę przygotować organizację do przeciwdziałania mobbingowi?

Zmiany w przepisach dotyczących mobbingu powodują, że wiele organizacji zaczyna przeglądać regulaminy, aktualizować procedury i planować szkolenia dla kadry kierowniczej oraz pracowników.

To potrzebne działania. Jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę przekonania, że przygotowanie nowego dokumentu wystarczy, aby organizacja stała się bezpieczniejszym miejscem pracy.

Nie wystarczy.

Procedura może określić sposób zgłaszania nieprawidłowości. Nie sprawi jednak automatycznie, że pracownik odważy się z niej skorzystać. Szkolenie może wyjaśnić definicję mobbingu, ale samo nie zmieni stylu zarządzania. Podpis pod oświadczeniem o zapoznaniu się z regulaminem także nie oznacza jeszcze, że ludzie wiedzą, jak reagować na niepokojące zachowania.

Prawdziwe przeciwdziałanie mobbingowi zaczyna się dużo wcześniej niż formalne postępowanie.

Co zmienia się w przepisach?

Ustawa z 19 czerwca 2026 roku została ogłoszona 4 sierpnia 2026 roku i wejdzie w życie 5 listopada 2026 roku. Wprowadza istotne zmiany w Kodeksie pracy dotyczące mobbingu, dyskryminacji, ochrony dóbr osobistych pracownika oraz obowiązków pracodawcy.

Nowa definicja jest krótsza: mobbingiem będą zachowania polegające na uporczywym nękaniu pracownika. Uporczywość oznacza zachowania powtarzalne, nawracające lub stałe.

Ustawa wymienia między innymi:

  • upokarzanie i uwłaczanie,
  • zastraszanie,
  • nieuzasadnioną krytykę, poniżanie lub ośmieszanie,
  • zaniżanie oceny przydatności zawodowej,
  • utrudnianie wykonywania zadań i osiągania wyników,
  • ograniczanie dostępu do potrzebnych informacji,
  • utrudnianie komunikacji ze współpracownikami,
  • izolowanie pracownika lub eliminowanie go z zespołu.

Do uznania zachowania za mobbing nie będzie konieczne wykazanie, że sprawca świadomie dążył do nękania pracownika. Jednocześnie pojedyncze zdarzenie – nawet jeśli było niewłaściwe i naruszało dobra osobiste – nie będzie automatycznie mobbingiem. Mobbingiem nie będzie również uzasadnione i wyrażone we właściwej formie rozliczanie pracownika z wykonywanej pracy.

To ostatnie zastrzeżenie jest szczególnie ważne dla kadry kierowniczej. Przeciwdziałanie mobbingowi nie oznacza rezygnacji z wymagań, informacji zwrotnej czy rozmów dyscyplinujących. Oznacza natomiast konieczność odróżnienia stanowczości od przemocy, a oceny pracy od ataku na człowieka.

Pracodawca ma działać systematycznie

Nowe przepisy nie ograniczają odpowiedzialności pracodawcy do rozpatrywania zgłoszeń. Pracodawca będzie zobowiązany systematycznie:

  • prowadzić działania prewencyjne,
  • wykrywać mobbing,
  • właściwie reagować na nieprawidłowości,
  • podejmować działania naprawcze,
  • wspierać osoby dotknięte mobbingiem.

Pracodawcy zatrudniający co najmniej 10 pracowników będą musieli określić reguły, procedury oraz częstotliwość działań dotyczących ochrony godności, równego traktowania, przeciwdziałania dyskryminacji i mobbingowi. Przepisy przewidują sześć miesięcy od wejścia ustawy w życie na dostosowanie regulaminu pracy albo wydanie odrębnego regulaminu.

Zmieni się więc nie tylko definicja. Zmienia się oczekiwanie wobec organizacji: działania mają być prowadzone regularnie, a nie dopiero wtedy, gdy na biurku HR pojawi się oficjalna skarga.

Nie wszystko, co niewłaściwe, jest mobbingiem

Jednym z największych problemów w rozmowach o mobbingu jest mieszanie różnych zjawisk.

Mobbingiem nie jest automatycznie:

  • pojedyncza nieprzyjemna sytuacja,
  • uzasadniona krytyka pracy,
  • postawienie wysokich wymagań,
  • odmowa przyznania podwyżki lub awansu,
  • konflikt między pracownikami,
  • egzekwowanie obowiązków,
  • rozmowa dyscyplinująca przeprowadzona we właściwy sposób.

Nie oznacza to jednak, że każde zachowanie, które nie spełnia definicji mobbingu, należy zaakceptować.

Jednorazowe publiczne upokorzenie może naruszać godność pracownika. Agresywna rozmowa może wymagać reakcji przełożonego. Nierozwiązany konflikt może eskalować. Powtarzający się „żart” może stać się narzędziem izolowania człowieka z zespołu.

Dlatego organizacja nie powinna pytać wyłącznie: „Czy to już mobbing?”. Powinna także pytać:

  • Czy to zachowanie jest zgodne z naszymi standardami?
  • Czy narusza czyjąś godność?
  • Czy może się powtórzyć?
  • Czy istnieje ryzyko eskalacji?
  • Jakiej reakcji potrzebujemy teraz?

Nie trzeba czekać, aż zjawisko dojrzeje do definicji ustawowej.

Największe ryzyko: procedura, której nikt nie ufa

Organizacja może mieć bardzo starannie napisaną politykę antymobbingową, a jednocześnie pozostawać miejscem, w którym nikt nie zgłasza problemów.

Powody bywają przewidywalne:

  • pracownicy nie wiedzą, gdzie się zgłosić,
  • obawiają się odwetu,
  • nie wierzą w poufność postępowania,
  • zakładają, że przełożeni będą chronić siebie nawzajem,
  • wcześniejsze sygnały zostały zlekceważone,
  • osoba zgłaszająca została uznana za „konfliktową”,
  • nie ma jasności, co stanie się po zgłoszeniu.

Brak zgłoszeń nie zawsze oznacza brak problemów. Czasami oznacza brak zaufania.

Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, że liczba udzielanych porad dotyczących mobbingu wzrosła z około 1,4 tys. w 2020 roku do blisko 4 tys. rocznie. Pytania dotyczą przede wszystkim rozpoznawania mobbingu, gromadzenia dowodów, procedur wewnętrznych i możliwości dochodzenia roszczeń.

Dobra procedura powinna więc nie tylko opisywać formalny tok postępowania, lecz także budować poczucie bezpieczeństwa. Pracownik musi wiedzieć, kto przyjmie zgłoszenie, w jaki sposób zostanie ono zweryfikowane, jak chroniona będzie poufność oraz jakie wsparcie może otrzymać.

Szczególna rola menedżerów

To właśnie menedżerowie mają największy wpływ na codzienne doświadczenia pracowników.

Mogą wcześnie zauważyć zmianę atmosfery w zespole, izolowanie jednej osoby, powtarzające się uszczypliwości czy utrudnianie komuś dostępu do informacji. Mogą też – czasem nieświadomie – wzmacniać takie zachowania przez brak reakcji.

Milczenie przełożonego również jest komunikatem. Zespół może je odczytać jako przyzwolenie.

Dlatego menedżerowie potrzebują czegoś więcej niż znajomości definicji prawnej. Powinni umieć:

  • odróżniać konflikt od uporczywego nękania,
  • udzielać wymagającej informacji zwrotnej bez poniżania,
  • reagować na niestosowne żarty i komentarze,
  • rozmawiać z osobą zgłaszającą problem,
  • dokumentować fakty zamiast stawiać diagnozy,
  • rozpoznawać sytuacje wymagające przekazania sprawy dalej,
  • zatrzymywać zachowania, zanim przerodzą się w długotrwały wzorzec.

Przydatny może być prosty model reakcji:

Zatrzymaj – nazwij – pokaż granicę – wskaż dalszy krok.

„Zatrzymajmy tę rozmowę. Komentarze dotyczące wyglądu nie są właściwe w tej sytuacji. Oczekuję, że będziemy rozmawiali o zadaniu. Jeśli problem się powtórzy, będziemy musieli podjąć kolejne działania”.

Nie każda sytuacja wymaga od razu uruchomienia komisji. Każda wymaga jednak świadomej decyzji, czy i jak zareagować.

Szkolenie nie może być wykładem z Kodeksu pracy

Zmiana przepisów prawdopodobnie zwiększy zainteresowanie szkoleniami antymobbingowymi. Warto jednak uważać, aby szkolenie nie ograniczyło się do wyświetlenia definicji, katalogu roszczeń i numerów artykułów.

Uczestnicy powinni nauczyć się stosować przepisy w konkretnych sytuacjach:

  • Czy publiczna krytyka wyników jest mobbingiem?
  • Jak zareagować na „żart”, który regularnie dotyka tej samej osoby?
  • Co zrobić, gdy dwie strony konfliktu wzajemnie się oskarżają?
  • Jak rozmawiać z pracownikiem, który zgłasza niewłaściwe traktowanie?
  • Jak egzekwować wykonanie zadania bez naruszania godności?
  • Jak reagować, kiedy niewłaściwie zachowuje się osoba o wysokiej pozycji w organizacji?

Dopiero praca na takich sytuacjach pozwala przełożyć regulamin na codzienne decyzje.

Wdrożenie polityki antymobbingowej jest zmianą organizacyjną

Warto spojrzeć na przygotowanie organizacji do nowych przepisów jak na proces zmiany, a nie projekt polegający na napisaniu dokumentu.

W IX Ogólnopolskim Badaniu Zarządzania Zmianą z 2024 roku tylko 28% analizowanych zmian w pełni osiągnęło zakładane cele. Wśród najczęściej wskazywanych czynników pozytywnie wpływających na powodzenie znalazły się zaangażowanie pracowników – 76%, postawa najwyższego kierownictwa – 75%, wizja i kierunek zmiany oraz praca zespołowa – po 74%.

To cenna podpowiedź także przy wdrażaniu rozwiązań antymobbingowych.

Jeżeli nowe zasady zostaną przygotowane wyłącznie przez prawników i HR, a następnie rozesłane pracownikom e-mailem, organizacja może formalnie wypełnić obowiązek, nie zmieniając niczego w codziennych zachowaniach.

Potrzebne są również:

  • czytelne stanowisko najwyższego kierownictwa,
  • konsultacje z pracownikami i ich przedstawicielami,
  • wspólne rozumienie standardów zachowania,
  • przygotowanie menedżerów,
  • bezpieczne kanały zgłaszania,
  • regularne przypominanie zasad,
  • analiza sygnałów i wyciąganie wniosków,
  • konsekwentne reagowanie niezależnie od stanowiska sprawcy.

Prawo wyznacza granicę. Kultura powinna działać wcześniej

Zmiana przepisów jest dobrym powodem, aby przyjrzeć się regulaminom i procedurom. Jeszcze lepszym powodem jest jednak potrzeba stworzenia środowiska, w którym ludzie wiedzą, jakie zachowania są akceptowane, potrafią reagować i mają zaufanie do organizacji.

Skuteczna polityka antymobbingowa nie polega na tym, że firma potrafi przeprowadzić postępowanie, kiedy sytuacja jest już poważna.

Jej skuteczność widać przede wszystkim wtedy, gdy:

  • pracownik może bezpiecznie powiedzieć, że przekroczono jego granicę,
  • świadek nie odwraca wzroku,
  • menedżer potrafi zareagować,
  • HR nie bagatelizuje pierwszych sygnałów,
  • a organizacja uczy się na zdarzeniach, zamiast zamiatać je pod dywan.

Bo najlepsza procedura antymobbingowa to nie ta, która najdokładniej opisuje postępowanie po kryzysie.

To taka, która pomaga do kryzysu nie dopuścić.
Przygotuj organizację, zanim procedura zostanie sprawdzona w praktyce

Jeżeli przygotowujecie organizację do nowych przepisów i zależy Wam na czymś więcej niż formalnej aktualizacji regulaminu, zapraszamy do rozmowy.

Prowadzimy praktyczne szkolenia dla pracowników oraz kadry kierowniczej, które pomagają:

  • odróżniać mobbing od konfliktu, uzasadnionej krytyki i innych zachowań niepożądanych,
  • reagować na pierwsze sygnały przekraczania granic,
  • prowadzić trudne rozmowy bez poniżania i naruszania godności,
  • właściwie przyjmować i dokumentować zgłoszenia,
  • budować wspólne standardy bezpiecznej współpracy.

Od wiosny przeprowadziliśmy już kilkanaście szkoleń z tego zakresu. Łączymy wiedzę dotyczącą przeciwdziałania mobbingowi z doświadczeniem w zarządzaniu zmianą, ponieważ sama procedura nie wystarczy — nowe zasady muszą jeszcze zacząć działać w codziennym życiu organizacji.

Skontaktuj się z nami, aby porozmawiać o szkoleniu dopasowanym do potrzeb pracowników i menedżerów w Twojej organizacji.

Procedura to za mało. Jak naprawdę przygotować organizację do przeciwdziałania mobbingowi? Dowiedz się więcej »

Bullshit change. Kiedy zarządzanie zmianą staje się teatrem

David Graeber, antropolog i autor książki „Bullshit Jobs”, opisał zjawisko pracy, która z perspektywy samych wykonujących ją osób wydaje się pozbawiona realnego sensu. Nie chodziło mu o pracę trudną, nudną czy nisko płatną. Chodziło o zajęcia, których istnienie jest trudne do uzasadnienia, a których zniknięcie niewiele by zmieniło.

Czy podobny mechanizm może pojawiać się w zarządzaniu zmianą?

Niestety tak.

Można prowadzić bardzo profesjonalny projekt zmiany, posiadać plan, zespół projektowy, komitet sterujący, harmonogram, dashboard (to takie piękne polskie słów) i rozbudowaną komunikację, a mimo to po kilku miesiącach odkryć, że organizacja funkcjonuje niemal dokładnie tak samo jak wcześniej.

Nazwijmy to roboczo bullshit change, ok?

Nie dlatego, że sama zmiana jest pozorna. Częściej dlatego, że wokół niej narasta ogromna liczba działań, które zaczynają zastępować właściwy rezultat.

Kiedy aktywność zaczyna udawać zmianę

W wielu organizacjach projekty zmiany wyglądają podobnie.

Najpierw powstaje prezentacja. Potem roadmapa. Powoływany jest zespół. Organizowane są warsztaty. Tworzona jest sieć ambasadorów. Pojawiają się newslettery, spotkania informacyjne, szkolenia i raporty. I wygląda to super.

Każde z tych działań może mieć sens.

Problem zaczyna się wtedy, gdy sukces projektu zaczynamy mierzyć przede wszystkim tym, czy dane działanie zostało wykonane, a nie tym, czy doprowadziło do oczekiwanej zmiany zachowania.

Wtedy pojawia się klasyczna lista:

  • komunikacja wysłana,
  • szkolenie przeprowadzone,
  • warsztat zrealizowany,
  • ambasadorzy wybrani,
  • plan zatwierdzony,
  • dashboard uruchomiony.

Na papierze wszystko się zgadza.

Tylko że najważniejsze pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi:

Co ludzie robią dziś inaczej niż wcześniej?

Jeżeli odpowiedź brzmi: „w zasadzie niewiele”, to być może nie zarządzamy zmianą. Zarządzamy jedynie aktywnościami wokół zmiany.

Graeber i organizacyjne „odhaczanie”

Jednym z typów „bullshit jobs” opisywanych przez Graebera byli tak zwani box tickers. Ich zadaniem było przede wszystkim tworzenie dowodów na to, że organizacja czymś się zajmuje.

Nie zawsze chodziło o całkowicie niepotrzebną pracę. Czasem raczej o sytuację, w której formalne potwierdzenie działania stawało się ważniejsze niż jego efekt.

W projektach zmiany bardzo łatwo wejść w podobną logikę. Przeprowadziliśmy szkolenie, więc ludzie są przygotowani. Wysłaliśmy komunikat, więc ludzie rozumieją zmianę. Powołaliśmy ambasadorów, więc mamy zaangażowanie. Uruchomiliśmy nowy system, więc zmiana została wdrożona.

To kuszące uproszczenia.

Tymczasem każda z tych rzeczy jest tylko środkiem, a nie rezultatem.

Szkolenie może być świetne, a ludzie nadal mogą nie korzystać z nowych kompetencji.

Komunikacja może być bardzo dobra, ale pracownicy mogą nadal nie rozumieć, co zmiana oznacza dla ich codziennej pracy.

Nowy system może działać technicznie, ale ludzie mogą obchodzić go arkuszami Excela i starymi procedurami.

Formalnie wszystko zostało wykonane.

Praktycznie … niewiele się zmieniło.

Zmiana nie wydarza się na slajdzie

Jednym z największych nieporozumień w zarządzaniu zmianą jest utożsamianie wdrożenia projektu z rzeczywistą zmianą organizacyjną.

Można wdrożyć system IT. Można zmienić strukturę organizacyjną. Można wprowadzić nowy proces. Można opublikować strategię. Można …

Ale zmiana organizacyjna zaczyna się dopiero wtedy, gdy zmieniają się zachowania ludzi.

  • inaczej podejmowane są decyzje.
  • inaczej prowadzone są spotkania.
  • inaczej wygląda współpraca między działami.
  • inaczej reagują menedżerowie.
  • inaczej wykonywana jest codzienna praca.

To właśnie dlatego rzeczywista zmiana jest dużo mniej elegancka niż większość modeli pokazywanych na prezentacjach.

Rzadko przebiega liniowo.

Częściej przypomina serię prób, błędów, korekt, rozmów i eksperymentów.

Organizacja coś wdraża, obserwuje efekty, poprawia rozwiązanie, ponownie testuje i uczy się.

To proces bardziej przypominający ruch niż realizację idealnego planu.

Teatr kontroli

Dlaczego więc organizacje tak łatwo budują wokół zmian skomplikowane systemy zarządzania?

Jednym z powodów jest potrzeba kontroli.

Duża zmiana oznacza niepewność. A organizacje nie lubią niepewności.

Dlatego pojawiają się kolejne elementy, które mają dawać poczucie, że sytuacja jest pod kontrolą:

roadmapy, statusy, raporty, komitety, wskaźniki, procedury i harmonogramy.

Same w sobie nie są problemem.

Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować je jako dowód skuteczności zmiany.

Można mieć projekt perfekcyjnie zarządzany administracyjnie i jednocześnie całkowicie nieskuteczny organizacyjnie.

Można również mieć projekt, który wygląda chaotycznie na poziomie prezentacji, ale prowadzi do realnej zmiany zachowań.

Pierwszy wygląda profesjonalnie.

Drugi faktycznie zmienia organizację.

Szkolenie jako alibi

Ten mechanizm dobrze widać na przykładzie szkoleń.

Organizacja diagnozuje problem: menedżerowie nie delegują, unikają trudnych rozmów albo mają problem z odpowiedzialnością zespołów.

Naturalnym rozwiązaniem staje się szkolenie.

I szkolenie rzeczywiście może pomóc.

Ale tylko wtedy, gdy problem wynika z braku wiedzy lub kompetencji.

Co jednak, jeśli system premiowy nagradza zachowania przeciwne do tych, których uczymy?

Co, jeśli menedżerowie nie mają realnych uprawnień do podejmowania decyzji?

Co, jeśli kultura organizacyjna karze za błędy, a jednocześnie oczekuje „innowacyjności”?

Wtedy szkolenie może stać się formą organizacyjnego alibi.

„Problem został zaadresowany.”

Ludzie byli na warsztacie.

Temat można zamknąć.

W praktyce organizacja próbuje naprawić człowieka, chociaż problem znajduje się w systemie.

Jedno pytanie, które warto zadawać częściej

W zarządzaniu zmianą bardzo często pytamy:

Co jeszcze powinniśmy zrobić?

Może jednak równie ważne pytanie brzmi:

Z czego możemy zrezygnować?

Które działania naprawdę pomagają ludziom pracować inaczej?

Które dostarczają informacji potrzebnych do podejmowania decyzji?

Które pomagają usuwać bariery?

A które istnieją tylko dlatego, że „w dużym projekcie zmiany powinny być”?

To dobry test dla każdego elementu projektu.

Jeżeli nie potrafimy odpowiedzieć, jaki konkretny wpływ ma dane działanie na zachowania ludzi lub wyniki organizacji, warto zastanowić się, czy rzeczywiście jest potrzebne.

Od zarządzania zmianą do eksperymentowania ze zmianą

Być może jednym ze sposobów ograniczenia „bullshit change” jest zmiana samego sposobu myślenia o transformacji.

Mniej wielkich deklaracji. Mniej przekonania, że na początku projektu jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie działania.

Więcej krótkich eksperymentów. Więcej obserwowania rzeczywistych zachowań. Więcej rozmów z ludźmi wykonującymi pracę. Więcej szybkiego poprawiania rozwiązań, które nie działają.

Zamiast pytać:

„Czy wdrożyliśmy plan?”

warto częściej pytać:

„Czego nauczyliśmy się o tej zmianie w ciągu ostatnich dwóch tygodni?”

To niewielka różnica językowa.

Ale ogromna różnica w sposobie prowadzenia zmiany.

Mniej teatru. Więcej ruchu.

Zarządzanie zmianą jest potrzebne.

Komunikacja jest potrzebna.

Szkolenia są potrzebne.

Roadmapy, wskaźniki i spotkania projektowe również mogą być potrzebne.

Ale tylko wtedy, gdy pomagają osiągnąć właściwy rezultat.

Jeżeli zaczynają żyć własnym życiem, łatwo wejść w świat bardzo profesjonalnie wyglądającej aktywności, która nie prowadzi do rzeczywistej zmiany.

Dlatego raz na jakiś czas warto zrobić prosty audyt projektu i zadać jedno niewygodne pytanie:

Ile z tego, co robimy, naprawdę pomaga ludziom działać inaczej, a ile jedynie pomaga nam wyglądać tak, jakbyśmy skutecznie zarządzali zmianą?

Być może właśnie od tego pytania zaczyna się prawdziwe zarządzanie zmianą.

Bullshit change. Kiedy zarządzanie zmianą staje się teatrem Dowiedz się więcej »

Kiedy menedżer powinien zatrzymać projekt zmiany

Kiedy menedżer powinien zatrzymać projekt zmiany?

Projekt zmiany należy zatrzymać w dwóch sytuacjach: zanim ruszy, jeśli brakuje wystarczających podstaw do jego uruchomienia, albo już w trakcie wdrożenia, gdy nowe informacje podważają sens dalszej realizacji. Każda z tych decyzji jest trudna dla menedżera.

Kiedy nie rozpoczynać zmiany?

Kiedy prowadzę warsztat z zespołem przygotowującym Strategiczną Kanwę Zmiany, mówię wprost uczestnikom, że jego efektem nie musi być decyzja o rozpoczęciu wdrożenia. Praca nad kanwą może pokazać, że projektu nie należy uruchamiać.

Cztery powody, które mówią menedżerom, że trzeba poważnie przemyśleć uruchomienie projektu zmiany, to sytuacja, w której:

  1. nie potrafimy jasno opisać stanu docelowego,
  2. nie znajdujemy przekonującego „dlaczego” i „dlaczego teraz”,
  3. nie potrafimy określić, po czym poznamy, że zmiana zakończyła się sukcesem,
  4. nie mamy warunków lub wsparcia potrzebnego do jej przeprowadzenia.

Co powstrzymuje menedżerów przed zatrzymaniem projektu zmiany na starcie? Problem polega na tym, że za pomysłem zmiany zwykle ktoś stoi. Inicjator jest do niego przekonany, sponsor mógł już o nim mówić, a menedżerowie poświęcili czas na przygotowania. Im dalej zaszły te działania, tym trudniej powiedzieć: nie uruchamiamy tego projektu.

Na tym etapie koszt decyzji, jaki ponosisz, jest przede wszystkim emocjonalny. Trzeba umieć zrezygnować z pomysłu, także własnego, jeśli analiza nie daje wystarczających podstaw do rozpoczęcia zmiany.

Kiedy zatrzymać projekt zmiany, który już trwa?

Jeszcze trudniejsza decyzja pojawia się wtedy, gdy projekt jest już realizowany.

Firma wydała część budżetu, pracownicy poświęcili projektowi setki godzin, wykonali część zadań, być może przeprowadzono szkolenia albo podpisano umowy z dostawcami. Jednocześnie pojawiają się informacje, które podważają wcześniejsze założenia lub wskazują, że zmiana nie prowadzi do oczekiwanego rezultatu.

Jakie argumenty utrudniają podjęcie decyzji? Możesz usłyszeć:

  • wydaliśmy już tyle pieniędzy,
  • poświęciliśmy wiele miesięcy pracy,
  • zaangażowaliśmy wielu ludzi,
  • nie możemy teraz wszystkiego zatrzymać.

Masz do czynienia z pułapką kosztów utopionych. Poniesione nakłady zaczynają wpływać na decyzję dotyczącą przyszłości, chociaż niezależnie od tego, co zrobimy dalej, już ich nie odzyskamy.

Jako konsultant zarządzania zmianą nie podejmuję decyzji za mojego klienta. Zwracam jednak uwagę, że dotychczasowe koszty nie powinny przesądzać o kontynuowaniu projektu. Pytanie powinno dotyczyć tego, co jeszcze możemy osiągnąć i jakich dalszych nakładów będzie to wymagało.

Jeżeli informacje, którymi dysponujemy dzisiaj, pokazują, że dalsza realizacja projektu nie ma uzasadnienia, wcześniejsze wydatki nie są argumentem za dokładaniem kolejnych.

Dwa pytania jakie należy zadawać

Kiedy menedżer powinien zatrzymać projekt zmiany?

Przed uruchomieniem zmiany pytanie brzmi:

Czy mamy wystarczające podstawy, żeby ją uruchomić?

Kiedy projekt już trwa:

Czy informacje, które mamy dzisiaj, nadal uzasadniają jego kontynuowanie?

Jakie kompetencje pomogą menedżerowi podjąć decyzje? W obu sytuacjach potrzebne jest krytyczne myślenie. Najpierw pozwala sprawdzić, czy za pomysłem stoją wystarczające przesłanki. Później pomaga oddzielić poniesione już koszty od oceny tego, co możemy osiągnąć w przyszłości.

Potrzebna jest także odwaga menedżerska. Czasem oznacza ona uruchomienie trudnej zmiany. Innym razem rezygnację z pomysłu przed rozpoczęciem wdrożenia albo zatrzymanie projektu, który już pochłonął czas i pieniądze.

Kiedy menedżer powinien zatrzymać projekt zmiany? Dowiedz się więcej »

Nie każda zmiana potrzebuje wielkiego planu

Choć wielki plan daje poczucie bezpieczeństwa

Kiedy chcemy coś zmienić w firmie, naturalnym odruchem jest planowanie. Ponadto analizujemy sytuację, rozpisujemy zadania, wyznaczamy osoby odpowiedzialne i próbujemy przewidzieć możliwe trudności. Powstają harmonogramy, prezentacje i kolejne wersje dokumentów. Uwzględniamy również Opór wobec zmiany.

To wszystko jest potrzebne. Jednak Opór wobec zmiany zaczyna się wtedy, gdy planowanie zastępuje działanie.

Łatwo uwierzyć, że zmianę można rozpocząć dopiero w momencie, gdy znamy całą drogę, potrafimy przewidzieć wszystkie konsekwencje i mamy odpowiedź na każde pytanie. W praktyce taki moment najczęściej nie nadchodzi.

  • Im bardziej niepewna sytuacja, tym mniej prawdopodobne, że szczegółowy plan okaże się trafny.

Rynek może zachować się inaczej, niż zakładaliśmy. Klienci mogą nie dostrzec wartości w rozwiązaniu, które wydawało nam się oczywiste. Pracownicy mogą zwrócić uwagę na problemy niewidoczne z perspektywy właściciela firmy. Może również pojawić się konkurencja, nowa technologia albo zmiana przepisów.

Plan przygotowany przy biurku — Opór wobec zmiany — prędzej czy później spotyka się z rzeczywistością. Jednak rzeczywistość, jak wiadomo, rzadko czuje się zobowiązana do realizowania naszych prezentacji.

Kiedy planowanie staje się sposobem na unikanie decyzji

Planowanie daje poczucie kontroli. Nawet jeśli jeszcze niczego nie zmieniliśmy, mamy wrażenie, że działamy. Odbywają się spotkania, powstają dokumenty, a kolejne punkty trafiają do harmonogramu.

Czasem jest to jednak bardzo elegancki sposób na odkładanie decyzji.

Za potrzebą przygotowania jeszcze dokładniejszego planu” może kryć się obawa przed popełnieniem błędu, utratą pieniędzy albo negatywną reakcją pracowników. Możemy również bać się, że pierwsze efekty nie będą tak dobre, jak oczekiwaliśmy.

Dlatego dopracowujemy projekt, zamiast skonfrontować go z rzeczywistością.

  • Nie zawsze brakuje nam planu. Czasem brakuje nam zgody na to, że nie wszystko da się przewidzieć.

W zmiennym otoczeniu biznesowym pewność jest towarem deficytowym. Możemy jednak zastąpić ją czymś znacznie bardziej użytecznym: szybkim zdobywaniem informacji i wyciąganiem wniosków.

Zamiast przewidywać, zacznij sprawdzać

Działanie bez kompletnego planu nie oznacza działania bez kierunku. Warto jasno określić, jaki efekt chcemy osiągnąć i po czym poznamy, że zmiana przynosi rezultaty.

Nie musimy jednak od razu znać wszystkich prowadzących do niego kroków.

Jeżeli chcemy zwiększyć samodzielność zespołu, nie musimy natychmiast przebudowywać całej struktury firmy. Możemy zacząć od przekazania pracownikom odpowiedzialności za jeden rodzaj decyzji.

Jeżeli planujemy wprowadzenie nowej usługi, nie musimy od razu przygotowywać rozbudowanej kampanii marketingowej. Możemy przedstawić wstępną propozycję kilku klientom i sprawdzić ich reakcje.

Jeśli chcemy usprawnić spotkania, nie potrzebujemy wielomiesięcznego programu transformacji kultury organizacyjnej. Możemy przez dwa tygodnie testować nowy sposób prowadzenia zebrań.

  • Zamiast miesiącami zastanawiać się, czy rozwiązanie zadziała, można stworzyć warunki, które pozwolą to sprawdzić.

Tak właśnie działa eksperyment: nie rozstrzyga od razu całej przyszłości firmy, ale dostarcza informacji potrzebnych do podjęcia kolejnej decyzji.

Eksperyment nie ma udowodnić, że mieliśmy rację

To ważne rozróżnienie. W wielu firmach pilotaż traktowany jest jak mniejsza wersja wdrożenia, które musi zakończyć się sukcesem. Osoby odpowiedzialne chcą wykazać, że ich pomysł był dobry, dlatego koncentrują się na potwierdzaniu wcześniejszych założeń.

Tymczasem wartość eksperymentu polega na uczeniu się.

  • Eksperyment nie ma potwierdzić, że mieliśmy rację. Ma pomóc nam dowiedzieć się czegoś ważnego.

Jeżeli nowe rozwiązanie nie przyniesie oczekiwanego efektu, nie musi to oznaczać porażki. Być może udało się uniknąć kosztownego wdrożenia w całej organizacji. Być może odkryliśmy, że problem leży gdzie indziej albo że pracownicy potrzebują innego rodzaju wsparcia.

Nieudany eksperyment może być bardzo wartościowy. Pod warunkiem, że jest na tyle mały, aby jego koszt był do zaakceptowania, i na tyle dobrze zaprojektowany, aby można było wyciągnąć z niego wnioski.

Jak zaprojektować dobry pierwszy krok?

Dobry eksperyment powinien być niewielki, bezpieczny i możliwy do odwrócenia. Powinien również dotyczyć konkretnego problemu oraz mieć jasno określony czas trwania.

Przed rozpoczęciem warto odpowiedzieć na kilka pytań:

  • Co dokładnie chcemy sprawdzić?
  • Jakiego efektu oczekujemy?
  • Po czym poznamy, że rozwiązanie działa?
  • Jak długo będzie trwał eksperyment?
  • Kto powinien wziąć w nim udział?
  • Jakie ryzyko jesteśmy gotowi zaakceptować?

Po zakończeniu nie wystarczy stwierdzić, że było dobrze” albo ludziom się podobało”. Potrzebna jest krótka rozmowa podsumowująca:

  • Co przyniosło oczekiwany rezultat?
  • Co nas zaskoczyło?
  • Co należy zmienić?
  • Z czego warto zrezygnować?
  • Jaki powinien być kolejny krok?

Dopiero wtedy eksperyment staje się narzędziem prowadzenia zmiany, a nie jednorazową ciekawostką.

Mały eksperyment może uruchomić dużą zmianę

Duże zmiany rzadko powstają dzięki jednemu idealnemu pomysłowi. Częściej są rezultatem serii mniejszych działań: sprawdzania założeń, obserwowania efektów i poprawiania kolejnych rozwiązań.

Taki sposób pracy zmniejsza ryzyko i pozwala szybciej reagować na nowe informacje. Pomaga również angażować ludzi, ponieważ nie otrzymują oni gotowego rozwiązania, lecz uczestniczą w jego tworzeniu.

Zmiana nie zawsze przebiega wtedy zgodnie z pierwotnym planem. Może jednak konsekwentnie zmierzać w wybranym kierunku.

  • Nie potrzebujesz mapy całej drogi. Potrzebujesz kierunku, pierwszego kroku i gotowości do wyciągania wniosków.

Bo w biznesie Opór wobec zmiany rzadko zdobywa ten, kto najdłużej planuje. Jednak ten, kto szybciej zaczyna działać, uczyć się i poprawiać swoje rozwiązania.

Nie każda zmiana potrzebuje wielkiego planu Dowiedz się więcej »

Kto powinien przygotować strategiczny plan zmiany?

Kto powinien przygotować strategię zmiany i wypełniać Kanwę?

Kiedy spotykam się w firmie z HR albo z zarządem przed rozpoczęciem ważnej zmiany, prędzej czy później pada pytanie: Kto powinien przygotować strategiczny plan zmiany?

Moja odpowiedź jest konkretna i oparta o rezultaty badań nad zarządzaniem zmianą. Najlepsze rezultaty osiągamy wtedy, gdy nad planem pracują wspólnie kluczowi interesariusze zmiany: menedżerowie, w tym – jeśli zakres zmiany tego wymaga – członkowie zarządu, oraz przedstawiciele pracowników, których zmiana dotyczy w największym stopniu.

W praktyce oznacza to grupę złożoną z menedżerów różnego szczebla, w tym – jeśli skala zmiany tego wymaga – członków zarządu, oraz przedstawicieli pracowników, których zmiana dotyczy w największym stopniu. Łączę więc perspektywę inicjatorów zmiany z perspektywą jej odbiorców.

Dlaczego proponuję właśnie taki skład?

Strategiczny plan zmiany można oczywiście przygotować w wąskim gronie. Zarząd zna kierunek rozwoju firmy i może podejmować decyzje. Menedżerowie oraz eksperci dobrze znają proces, system lub obszar, którego dotyczy zmiana.

Ja proponuję szeroką reprezentację odbiorców zmiany i pokazuję decydentom cztery ważne korzyści z takiego rozwiązania:

Pierwsza to różne punkty widzenia. Menedżerowie wnoszą perspektywę biznesową i decyzyjną, a pracownicy wiedzę o tym, jak planowana zmiana wpłynie na codzienną pracę, współpracę, odpowiedzialność czy sposób korzystania z nowych rozwiązań.

Druga korzyść to natychmiastowa informacja zwrotna. Już podczas przygotowania planu możemy poznać pytania, potrzeby i wątpliwości osób, których zmiana dotyczy. Dzięki temu część problemów można wychwycić zanim plan zostanie uznany za gotowy.

Trzecia korzyść to większe zaangażowanie. Osoby uczestniczące w pracach mają wpływ na powstający plan i mogą powiedzieć: „uczestniczyłem w przygotowaniu tej zmiany”.

Czwarta to lepsza komunikacja. Uczestnicy znają argumenty, założenia i decyzje z pierwszej ręki. Po warsztacie mogą więc lepiej wyjaśniać zmianę swoim współpracownikom.

Kogo zaprosimy do tego zespołu?

Po przedstawieniu głównych korzyści zadaję kolejne pytanie: Kogo zaprosimy do tego zespołu?

Nie chodzi jeszcze o zespół projektowy odpowiedzialny za wdrożenie. Tworzymy grupę, która ma wspólnie przygotować strategię zmiany. Czasem liczy ona 8 osób, czasem 12, a czasem 20. Wszystko zależy od skali zmiany, liczby obszarów, których ona dotyczy, oraz liczby kluczowych interesariuszy, których perspektywa powinna zostać uwzględniona.

Kto powinien przygotować strategiczny plan zmiany?

Kto powinien przygotować strategiczny plan zmiany?

Jeżeli zmiana obejmuje całą firmę, rekomenduję udział członka/członków zarządu. Przy zmianach o mniejszym zakresie nie jest to konieczne, jeśli Zarząd nie jest kluczowym interesariuszem.

Co robię dalej jako konsultant?

Kiedy znam już skład zespołu, zapraszam jego członków na prowadzony przeze mnie warsztat strategiczny. Moją rolą nie jest napisanie planu zmiany za firmę. Facylituję pracę zespołu, zadaję pytania, pilnuję sposobu pracy i pomagam przejść przez kolejne elementy Strategicznej Kanwy Zmiany.

Podczas warsztatu zespół wspólnie uzgadnia stan docelowy, powody zmiany, kryteria sukcesu, sposób monitorowania postępów, zakres wpływu oraz potrzebne wsparcie. Efektem pracy warsztatowej jest strategiczny plan zmiany zapisany na jednej kartce flipcharta.

Największa wartość takiego podejścia wynika z tego, że plan powstaje przy jednym stole, z udziałem osób, które patrzą na zmianę z różnych perspektyw i będą miały znaczenie dla jej powodzenia.

Jeśli przygotowujesz ważną zmianę, mogę pomóc Ci dobrać właściwy skład zespołu i poprowadzić warsztat, podczas którego wspólnie wypracujecie strategiczny plan zmiany.

Strategiczny plan zmiany – najczęstsze pytania

Kto powinien przygotować strategiczny plan zmiany?
Najlepiej, gdy nad planem wspólnie pracują kluczowi interesariusze zmiany: menedżerowie, przedstawiciele pracowników, których zmiana dotyczy w największym stopniu, oraz – gdy wymaga tego zakres zmiany – członkowie zarządu.

Czy strategiczny plan zmiany powinien przygotować zarząd?
Jeżeli zmiana obejmuje całą firmę, udział członka zarządu jest wskazany. Przy zmianach dotyczących wybranego obszaru zarząd nie musi uczestniczyć w pracach, jeśli nie jest kluczowym interesariuszem.

Czym jest Strategiczna Kanwa Zmiany?
Strategiczna Kanwa Zmiany to jednostronicowy strategiczny plan zmiany. Zawiera m.in. stan docelowy, uzasadnienie zmiany, kryteria sukcesu, sposób monitorowania postępów, zakres wpływu oraz potrzebne wsparcie.

Ile osób powinno pracować nad strategicznym planem zmiany?
Nie ma jednej właściwej liczby. W praktyce zespół pracujący nad strategią zmiany może liczyć 8, 12 lub 20 osób – zależnie od zakresu zmiany i liczby kluczowych interesariuszy, których perspektywa powinna zostać uwzględniona.

Kto powinien przygotować strategię zmiany i wypełniać Kanwę? Dowiedz się więcej »

Najtrudniej było nie biec za nim

Mój wnuk ma sześć lat. Podczas wakacji pierwszy raz wsiadł na pitbike.

Patrząc na niego, miałem dwie równoległe myśli.

Pierwsza:

„Ale ma frajdę”.

Druga:

„Czy on przypadkiem nie jedzie za szybko?”.

Prawdopodobnie każdy dorosły stojący obok toru zna ten stan.

Dziecko widzi motocykl, trasę i przygodę.

Dorosły widzi zakręt, nierówność, możliwość upadku oraz wszystkie scenariusze, których dziecko na szczęście jeszcze nie zdążyło sobie wyobrazić.

Najpierw były krótkie przejazdy. Gaz. Hamulec. Zakręt. Zatrzymanie. Kilka uwag. Kolejna próba.

Czasem motocykl jechał dokładnie tam, gdzie powinien. Czasem trochę mniej dokładnie.

A ja łapałem się na tym, że najchętniej podpowiadałbym bez przerwy.

Wolniej. Uważaj. Patrz przed siebie. Nie dodawaj tyle gazu.

Tylko że po kilku takich komunikatach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jeszcze pomaga, czy już przeszkadza.

Kilka jazd później wnuk wystartował w zawodach.

To zdanie brzmi znacznie poważniej, niż wyglądała cała sytuacja.

Nie było planu kariery. Nie było rozmowy o wyniku. Nikt nie sprawdzał, czy jest już gotowy na kolejny etap ścieżki rozwoju młodego zawodnika. To miała być zabawa. Miał stanąć na starcie, przejechać trasę i zobaczyć, jak to jest.

A ja, stojąc obok toru, pomyślałem, że w ciągu tych kilku dni wydarzyło się coś, z czym firmy zmagają się czasem przez wiele miesięcy.

Człowiek zaczął, zanim poczuł pełną gotowość.

Dostał możliwość pierwszej próby bez presji, że musi od razu coś udowodnić.

A dorośli musieli stworzyć bezpieczne warunki i w odpowiednim momencie przestać trzymać kierownicę.

Gotowość przyszła po drodze

Nie wiem, czy przed pierwszą jazdą mój wnuk czuł się gotowy.

Podejrzewam, że nie zadawał sobie tego pytania.

Chciał spróbować.

Dorośli mają z gotowością trudniejszą relację.

Zanim podejmiemy się nowej roli, chcemy wiedzieć, czy sobie poradzimy.

Zanim poprowadzimy pierwszy projekt, chcemy znać wszystkie ryzyka.

Zanim podejmiemy decyzję, chcemy mieć pewność, że będzie trafna.

W organizacjach często wygląda to podobnie.

Najpierw szkolenie. Potem warsztat. Następnie dodatkowe spotkanie, żeby omówić wnioski z warsztatu. Później plan przygotowania ludzi do rozpoczęcia pilotażu.

Wszystko rozsądne.

Do momentu, w którym przygotowanie zaczyna służyć nie zwiększaniu bezpieczeństwa, ale odsuwaniu chwili startu.

Mój wnuk nie znał wszystkich sytuacji, które mogły wydarzyć się na torze.

  • Nie miał doświadczenia.
  • Nie opanował techniki.
  • Miał jednak odpowiedni sprzęt, kilka podstawowych zasad i miejsce, w którym mógł spróbować.
  • Był gotowy nie do tego, żeby jeździć idealnie.
  • Był gotowy do pierwszego okrążenia.

To duża różnica.

Nie zawsze najpierw zdobywamy pewność, a później zaczynamy. Czasem zaczynamy po to, żeby zdobyć pewność.

W pracy też nie wszystkiego da się nauczyć przed startem.

Nie da się w pełni przygotować do pierwszej trudnej rozmowy z pracownikiem.

Do pierwszego wystąpienia przed zarządem.

Do pierwszego samodzielnie prowadzonego projektu.

Do pierwszych tygodni w roli menedżera.

Można dostać wiedzę, wsparcie i wskazówki.

Ale część kompetencji pojawi się dopiero wtedy, gdy człowiek ruszy.

Zawody bez egzaminu

Start w zawodach miał jeszcze jeden ciekawy element.

Nikt nie oczekiwał wyniku.

Oczywiście były emocje. Był numer startowy, inni zawodnicy i rodzice stojący przy trasie.

Ale celem nie było podium. Celem było doświadczenie. Zobaczyć, jak wygląda start. Przejechać trasę razem z innymi.

Poczuć, co dzieje się z człowiekiem, kiedy kończy się spokojna jazda treningowa, a zaczyna prawdziwe wydarzenie.

W firmach pierwsza próba rzadko ma taki komfort.

  • Pierwsza prezentacja ma być dobra.
  • Pierwszy projekt ma dowieźć wynik.
  • Pierwsza decyzja po awansie ma potwierdzić, że wybór tej osoby był słuszny.

Mówimy:

„Spróbuj”.

Ale cały kontekst mówi:

„Udowodnij, że potrafisz”.

A kiedy człowiek ma coś udowodnić, przestaje się uczyć.

Zaczyna chronić swoją reputację.

Nie zadaje pytań, bo nie chce pokazać, że czegoś nie wie.

Nie eksperymentuje, bo eksperyment może się nie udać.

Wybiera najbezpieczniejsze rozwiązanie, nawet jeżeli nie jest najlepsze.

Nie dlatego, że brakuje mu odwagi.

Dlatego, że dobrze rozumie zasady gry.

Trudno uczyć się czegoś nowego, kiedy każda próba wygląda jak egzamin.

Pierwsza próba nie zawsze powinna odpowiadać na pytanie:

„Czy ta osoba się nadaje?”.

Czasem wystarczy inne:

„Czego dowiedziała się po pierwszym okrążeniu?”.

Najtrudniejsza rola dorosłego

Patrząc na wnuka, zrozumiałem też coś o sobie.

Łatwo mówić, że trzeba pozwolić innym próbować.

Znacznie trudniej patrzeć, jak próbują w sposób inny niż ten, który sami uznalibyśmy za najlepszy.

Dorosły stojący przy torze ma doświadczenie.

Widzi więcej.

Szybciej zauważa zagrożenie.

Wie, kiedy trzeba zwolnić i jak wejść w zakręt.

Podobnie lider.

Patrzy na pracownika prowadzącego pierwsze spotkanie i już po dwóch minutach wie, co sam powiedziałby inaczej.

Słucha prezentacji i od razu widzi, który slajd należałoby zmienić.

Obserwuje decyzję i zna prostszą drogę.

Wtedy pojawia się pokusa:

„Daj, pokażę ci”.

Zwykle wynika z dobrej intencji. Chcemy pomóc. Skrócić drogę. Uchronić przed błędem.

Tylko że jeżeli za każdym razem przejmujemy kierownicę, człowiek uczy się głównie jednego:

że w trudniejszej sytuacji powinien poczekać na szefa.

Później lider mówi, że zespół nie jest samodzielny.

Pracownicy pytają o każdą decyzję. Nie podejmują inicjatywy. Nie wychylają się.

Czasem jednak nie jest to brak samodzielności.

To rezultat wielu sytuacji, w których ktoś zdążył złapać kierownicę, zanim pracownik sam sprawdził, jak przejechać zakręt.

Nie da się nauczyć samodzielności kogoś, komu przez cały czas trzymamy kierownicę.

Puścić nie znaczy odwrócić się plecami

Nie chodzi o to, żeby powiedzieć:

„Radź sobie”.

Sześciolatka nie zostawia się samego na torze.

Potrzebny jest kask. Odpowiedni motocykl. Zasady. Bezpieczne miejsce.

Dorosły, który obserwuje i zareaguje, gdy pojawi się prawdziwe zagrożenie.

Ale dorosły nie może jednocześnie prowadzić.

W firmie jest podobnie.

Lider może określić cel. Ustalić granice decyzji. Powiedzieć, kiedy pracownik powinien poprosić o pomoc. Umówić moment sprawdzenia postępu. Zapewnić dostęp do wiedzy i zasobów. Może też jasno nazwać, na jakie błędy można sobie pozwolić, a gdzie ryzyko jest zbyt duże.

To nie jest brak kontroli.

To projektowanie bezpiecznej przestrzeni do samodzielnego działania.

Najtrudniejsze pytanie brzmi wtedy:

  • Czy reaguję, bo dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego?
  • Czy dlatego, że ktoś robi to inaczej niż ja?

Na torze te dwie sytuacje nie są tym samym.

W pracy również.

Trzy rzeczy, które zostały ze mną po wakacjach

Patrząc na wnuka, zobaczyłem trzy proste warunki rozwoju.

  • Po pierwsze, człowiek musi mieć możliwość zacząć, zanim poczuje się w pełni gotowy.
  • Po drugie, pierwsza próba nie może od razu decydować o tym, czy się nadaje.
  • Po trzecie, wsparcie musi dawać bezpieczeństwo, ale nie może odbierać sterowania.

Brzmi prosto.

A jednak organizacje często robią coś dokładnie odwrotnego.

  • Przygotowują ludzi tak długo, że ci nie zaczynają.
  • Nazywają działanie eksperymentem, a po pierwszym błędzie wyciągają wnioski o kompetencjach.
  • Delegują odpowiedzialność, ale nie oddają wpływu.
  • Później dochodzą do wniosku, że ludzie nie są gotowi, nie chcą się rozwijać albo brakuje im inicjatywy.

Być może czasem problemem nie są ludzie.

Być może źle przygotowaliśmy ich pierwsze okrążenie.

Refleksja dziadka z toru

Mój wnuk nie wygrał tych zawodów.

I nie taki był cel.

Wystartował.

Przejechał trasę.

Zdobył doświadczenie, którego nie dałoby mu żadne tłumaczenie z boku.

A ja nauczyłem się, że obserwowanie czyjegoś rozwoju wymaga czasem więcej samokontroli niż samo uczenie.

Trzeba zadbać o kask.

Wyjaśnić zasady.

Być blisko.

I powstrzymać odruch, żeby przy każdym zakręcie krzyczeć:

„Uważaj!”.

Bo czasem najlepsze, co możemy zrobić dla czyjegoś rozwoju, to stworzyć bezpieczne warunki, zejść z toru i pozwolić mu przejechać własne okrążenie.Gdzie Waszym zdaniem kończy się zwinność, a zaczyna chaos?

Najtrudniej było nie biec za nim Dowiedz się więcej »