Przywództwo

Zarządzanie zmianą: jeden projekt, pięć różnych perspektyw

W ubiegłym tygodniu razem z Jarkiem prowadziliśmy warsztat dotyczący zarządzania zmianą w dużym projekcie cyfryzacyjnym.

Nie mogę jeszcze napisać, dla jakiej organizacji pracowaliśmy. Mogę natomiast opowiedzieć o czymś, co wydarzyło się podczas tych dwóch dni i co jest, moim zdaniem, znacznie bardziej uniwersalne niż sam projekt.

Na sali było blisko 30 osób.

Jedna organizacja.
Jeden projekt.
Jedna wdrażana zmiana.

I pięć różnych obrazów tej samej sytuacji.

Pięć zespołów, jeden case

W naszych warsztatach staramy się nie pracować na wymyślonych przykładach. Uczestnicy przynoszą własne sytuacje, problemy i wyzwania, bo wtedy rozmowa o zmianie przestaje być teorią.

Tym razem poszliśmy krok dalej.

Cała grupa pracowała nad tym samym rzeczywistym wyzwaniem związanym z wdrażaniem nowego rozwiązania cyfrowego. Uczestnicy zostali podzieleni na pięć zespołów. Każdy analizował tę samą zmianę, odpowiadał na te same pytania i korzystał z tych samych narzędzi.

Można byłoby więc oczekiwać, że wyniki będą bardzo podobne.

Nie były.

Oczywiście część wniosków się powtarzała. Ale pojawiały się również różnice. Czasem całkiem istotne.

I właśnie wtedy pojawiła się jedna z najważniejszych obserwacji tego warsztatu:

ludzie uczestniczący w tej samej zmianie niekoniecznie wiedzą o niej to samo.

To brzmi banalnie. W praktyce banalne nie jest.

Ten sam projekt nie oznacza tej samej wiedzy

W dużych projektach często zakładamy, że skoro coś zostało omówione na spotkaniu, przesłane mailem albo przedstawione w prezentacji, to „wszyscy wiedzą”.

To bardzo ryzykowne założenie.

Jedni uczestniczą w większej liczbie spotkań.
Inni są bliżej decyzji.
Ktoś zna kontekst biznesowy.
Ktoś inny rozumie lepiej technologię.
Ktoś słyszał o planowanym rozwiązaniu kilka miesięcy wcześniej.
Ktoś dostał informację dopiero niedawno.

Formalnie wszyscy pracują nad tym samym projektem.

Poznawczo mogą jednak pracować nad pięcioma różnymi projektami.

I wtedy zaczynają się problemy.

Pojawiają się różne oczekiwania. Różne interpretacje celów. Różne oceny ryzyka. Różne przekonania dotyczące tego, co już zostało ustalone, a co nadal pozostaje otwarte.

Czasami organizacje nazywają później takie sytuacje „oporem wobec zmiany”.

A być może część tego oporu jest po prostu konsekwencją nierównego dostępu do informacji.

Najcenniejsze pytanie: czego nie wiemy?

Podczas tego warsztatu wydarzyło się jeszcze coś ważniejszego.

Uczestnicy zobaczyli nie tylko to, co wiedzą.

Zobaczyli również bardzo wyraźnie, czego nie wiedzą.

I to był ogromny zysk.

W organizacjach brak wiedzy jest często ukryty.

Ludzie nie zawsze mówią: „nie wiem”.

Czasem zakładają, że powinni wiedzieć.
Czasem nie chcą wyjść na niedoinformowanych.
Czasem nawet nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie wiedzą.

Dopiero wspólna praca pokazuje luki.

Na warsztacie część z nich została nazwana bardzo konkretnie.

Nie wiemy jeszcze tego.
Nie mamy odpowiedzi na tamto.
Musimy sprawdzić tę kwestię.
Potrzebujemy decyzji w tym obszarze.
Trzeba porozmawiać z tymi osobami.

I właśnie w tym momencie „niewiadoma” przestaje być problemem.

Staje się zadaniem do wykonania.

Powstał więc również plan: co trzeba ustalić, skąd zdobyć brakujące informacje, z kim porozmawiać i jakie kwestie wymagają dalszych decyzji.

To jest dla mnie jedna z największych wartości dobrze zaprojektowanych warsztatów zmiany.

Nie chodzi o to, żeby po dwóch dniach uczestnicy wychodzili z przekonaniem:

„Teraz wszystko wiemy”.

Znacznie bardziej wartościowe jest:

„Wiemy, co wiemy. Wiemy, czego nie wiemy. I wiemy, co z tym zrobić”.

Przy okazji wydarzyło się coś jeszcze

Warsztat miał jeszcze jeden ciekawy efekt.

Uczestnicy dowiedzieli się sporo o… sobie nawzajem.

W dużych projektach łatwo skoncentrować się na procesach, harmonogramach, systemach, ryzykach i zadaniach. Trochę trudniej zauważyć ludzi, którzy mają ten projekt dowieźć.

A podczas wspólnej pracy bardzo wyraźnie było widać ich zaangażowanie.

Pojawiało się dużo wiedzy, doświadczenia, pomysłów, dyskusji i chęci szukania rozwiązań.

Ludzie zobaczyli też kompetencje innych osób, których być może wcześniej nie mieli okazji dostrzec.

I to jest kolejny paradoks projektów zmiany.

Czasem organizacja szuka „agentów zmiany”, liderów czy ambasadorów projektu, podczas gdy część z nich już siedzi przy stole.

Trzeba tylko stworzyć sytuację, w której będzie ich widać.

Warsztat jako narzędzie diagnostyczne

Po takich spotkaniach coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że warsztat dotyczący zmiany nie powinien być wyłącznie szkoleniem.

Może być również narzędziem diagnostycznym.

Pozwala zobaczyć:

– jakie obrazy zmiany funkcjonują w organizacji,
– gdzie wiedza jest spójna, a gdzie się rozjeżdża,
– czego ludzie nie wiedzą,
– jakie pytania pozostają bez odpowiedzi,
– jakie ryzyka są dostrzegane przez poszczególne grupy,
– kto dysponuje wiedzą, której nie mają inni,
– gdzie znajduje się energia do działania.

W dużych projektach taka diagnoza może być znacznie cenniejsza niż kolejna prezentacja pokazująca, że wszystko przebiega zgodnie z planem.

Bo czasem największym ryzykiem projektu nie jest brak planu.

Największym ryzykiem jest to, że każdy ma trochę inny plan w swojej głowie.

I nikt jeszcze o tym nie porozmawiał.

Zarządzanie zmianą: jeden projekt, pięć różnych perspektyw Dowiedz się więcej »

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej

Pełny kalendarz. Pusta wartość. Jak organizacje mylą zajętość ze skutecznością

Są w organizacjach ludzie, których zawsze jest pełno.

Biegną ze spotkania na spotkanie. Nie mają czasu na rozmowę. Odpisują w pośpiechu.
Ich kalendarz wygląda jak plansza do Tetrisa na najwyższym poziomie trudności.

— Przepraszam, mam tylko pięć minut.
— Jestem zawalony.
— Dzisiaj praktycznie cały dzień na spotkaniach.
— Nie wiem, kiedy ja mam właściwie pracować.

Brzmi znajomo?

A potem przychodzi dokument z banalnym błędem. Ktoś nie przeczytał załącznika. Nie sprawdził jednej liczby. Pomylił datę. Nie zauważył informacji, która była dwa akapity wyżej. Decyzja, która miała zająć pięć minut, wraca po trzech spotkaniach i piętnastu mailach.

I pojawia się pytanie:

jak to możliwe, że ktoś może być jednocześnie tak bardzo zajęty i tak mało uważny?

Być może problem wcale nie dotyczy tych ludzi. Być może problemem jest organizacja, która nauczyła ich, że zajętość wygląda lepiej niż skuteczność.

Kult zapracowania

W wielu firmach funkcjonuje nieformalny znak statusu.

Nie jest nim gabinet. Nie jest samochód służbowy. Nawet nie stanowisko. Jest nim brak czasu.

Im bardziej jesteś zajęty, tym ważniejszy się wydajesz. Jeżeli masz osiem spotkań dziennie, najwyraźniej jesteś potrzebny. Jeżeli odpowiadasz na maile o 22:47, najwyraźniej jesteś zaangażowany.

Jeżeli cały dzień biegasz pomiędzy pokojami albo przeskakujesz z Teamsa na Zooma, musisz być kimś istotnym.

Tyle że organizacja nie płaci ludziom za bycie zajętymi. Płaci za efekty.

I tu zaczyna się problem.

Aktywność jest widoczna. Efekt nie zawsze.

Aktywność łatwo zauważyć.

Widać człowieka na spotkaniu, jego wiadomości na czacie, kilkadziesiąt maili, zapełniony kalendarz, że „ciągle coś robi”.

Znacznie trudniej zobaczyć człowieka, który przez godzinę spokojnie analizuje problem, a potem podejmuje dobrą decyzję.

Nie widać przygotowania. Nie widać myślenia. Nie widać chwili, w której ktoś sprawdził dokument jeszcze raz i dzięki temu uniknął kosztownego błędu. Nie widać rozmowy, po której konflikt w zespole po prostu się nie wydarzył.

Dlatego organizacje mają naturalną skłonność do premiowania tego, co można łatwo zaobserwować.

A to może prowadzić do niebezpiecznego równania:

dużo aktywności = dużo pracy = duża wartość.

Tyle że to równanie bardzo często jest fałszywe.

Spotkanie też może być formą prokrastynacji

Są problemy, które wymagają spotkania. Ale są też spotkania, które pozwalają uniknąć problemu. Bo dużo łatwiej zorganizować kolejną godzinę dyskusji niż powiedzieć:

„Podejmuję decyzję”.

Łatwiej zaprosić siedem osób niż wziąć odpowiedzialność. Łatwiej przesłać temat dalej niż samemu przeczytać trzy strony dokumentu.

Łatwiej powiedzieć:

„Musimy to przedyskutować”.

Niż:

„Sprawdziłem. Proponuję zrobić to tak”.

W ten sposób spotkania zaczynają się mnożyć.

Jedno rodzi następne.

Na końcu pierwszego pada sakramentalne:

„To umówmy jeszcze krótkiego follow-upa”.

I oto powstaje perpetuum mobile współczesnej organizacji. Spotkanie generuje spotkanie, które generuje kolejne spotkanie.

A wszyscy są coraz bardziej zajęci.

Pośpiech produkuje błędy

Jest jeszcze jeden problem.

Ciągłe funkcjonowanie w trybie „nie mam czasu” obniża jakość pracy.

Kiedy człowiek co pół godziny zmienia kontekst, przeskakuje między tematami i stale reaguje na kolejne bodźce, zaczyna pracować powierzchownie. Czyta szybciej. Słucha mniej uważnie. Zakłada zamiast sprawdzać. Odpowiada zanim pomyśli.

Pomija szczegóły.

I wtedy pojawiają się właśnie te banalne błędy, które z zewnątrz wydają się absurdalne.

Jak można było tego nie zauważyć?

Można.

Jeżeli organizacja stworzyła środowisko, w którym człowiek jest przez cały dzień zajęty reagowaniem, może nie zostać mu już przestrzeń na myślenie.

A może problem leży w zarządzaniu?

Najłatwiej powiedzieć:

„On taki jest”.

„Ona zawsze robi wokół siebie dużo zamieszania”.

„Taki charakter”.

Być może.

Ale warto zadać inne pytanie:

co w naszej organizacji sprawia, że taki sposób działania się opłaca?

Czy awansujemy ludzi za rezultaty czy za widoczność?

Czy doceniamy osobę, która spokojnie rozwiązuje problem, czy tę, która najgłośniej o nim mówi?

Czy spotkanie jest u nas narzędziem pracy, czy rytuałem potwierdzającym, że „coś robimy”?

Czy menedżerowie pytają:

„Co osiągnęliśmy?”

czy raczej:

„Co robiliście?”

To nie jest to samo pytanie.

Organizacja dostaje to, co nagradza

Jeżeli w firmie opłaca się wyglądać na zajętego, ludzie zaczną wyglądać na zajętych.

Jeżeli opłaca się uczestniczyć w spotkaniach, będą uczestniczyć w spotkaniach.

Jeżeli obecność jest ważniejsza niż rezultat, będą obecni.

Jeżeli natomiast organizacja premiuje przygotowanie, samodzielność, jakość decyzji i dowożenie rezultatów, zachowania ludzi zaczną wyglądać inaczej.

Bo kultura organizacyjna nie powstaje z plakatów wiszących na ścianach.

Powstaje z tego, jakie zachowania są codziennie nagradzane, tolerowane albo ignorowane.

Może warto zacząć od prostego pytania

Następnym razem, kiedy ktoś powie:

„Nie mam czasu, mam cały dzień spotkania”,

nie trzeba od razu pytać:

„Jak cię odciążyć?”

Można najpierw zapytać:

„A które z tych spotkań naprawdę tworzą wartość?”

Albo jeszcze prościej:

„Co dzięki nim będzie zrobione lepiej, szybciej albo mądrzej?”

To może być niewygodne pytanie.

Ale czasem właśnie takich pytań organizacje potrzebują najbardziej.

Bo firma nie potrzebuje ludzi, którzy wyglądają na zajętych.

Potrzebuje ludzi, którzy mają przestrzeń, żeby myśleć, podejmować decyzje i wykonywać dobrą pracę.

A to czasami oznacza mniej spotkań. Mniej maili. Mniej biegania. Mniej szumu.

I więcej efektów.

Najbardziej zajęci ludzie w firmie nie zawsze robią najwięcej Dowiedz się więcej »

Wybór priorytetów - decyzja przywódcza, nie operacyjna - zarządzanie portfelem zmian

Zarządzanie portfelem zmian to decyzja przywódcza, nie operacyjna

Zarządzanie portfelem zmian – czy to już jest dostrzegalny problem w firmach?

W rozmowach z Zarządami coraz częściej słyszę, że problemem nie jest brak inicjatyw ani brak pomysłów na zmianę. Problemem jest coś innego: trudność w utrzymaniu spójnego kierunku, gdy zmian i oczekiwań przybywa szybciej, niż organizacja jest w stanie je udźwignąć.

W wielu firmach priorytety formalnie istnieją. Są zapisane w strategiach, planach i prezentacjach. A mimo to w codziennym działaniu wszystko staje się ważne jednocześnie. To właśnie w tym miejscu priorytetyzacja przestaje być zadaniem operacyjnym. Staje się kluczową decyzją przywódczą.

Gdy cele strategiczne nie są punktem odniesienia

Jedną z najczęstszych przyczyn chaosu w zarządzaniu zmianami jest oderwanie inicjatyw od jasno ustalonych celów strategicznych. Zmiany są uruchamiane, bo:

  • pojawiła się nowa okazja,
  • ktoś zgłosił pilną potrzebę,
  • rynek wysyła niepokojący sygnał.

Samo to nie jest jeszcze problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy brakuje wspólnego filtra decyzyjnego: w jaki sposób dana inicjatywa realnie wspiera cele strategiczne organizacji.

Z perspektywy zwinnego przywództwa zarządzanie portfelem zmian zaczyna się właśnie tutaj. Nie od listy projektów, lecz od jasnego ustalenia, co w danym okresie jest dla organizacji naprawdę kluczowe i rozpatrywania wszystkich zmian w tym kontekście.

Dlaczego priorytetyzacji nie da się sprowadzić do poziomu operacyjnego

Czasem obserwuję sytuację, w której Zarząd przekazuje menedżerom ustalanie priorytetów, licząc na to, że problem sam się rozwiąże. W praktyce oznacza to jednak delegowanie trudnych decyzji, a nie ich współdzielenie.

Priorytetyzacja nie polega na tym, by ktoś niżej w strukturze wybrał, co zrobić najpierw. Polega na rozstrzyganiu konfliktów między inicjatywami, które wszystkie wydają się ważne z różnych perspektyw.

To są decyzje przywódcze. I jako takie nie mogą zostać oddane w dół organizacji.

Współuczestnictwo zamiast delegowania

Zwinne przywództwo nie oznacza centralizacji decyzji ani decydowania w pojedynkę przez Prezesa. Oznacza zapraszanie do współuczestnictwa w podejmowaniu decyzji, przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedzialności po stronie Zarządu.

W praktyce oznacza to:

  • korzystanie z wiedzy menedżerów i ekspertów przy ocenie inicjatyw,
  • konfrontowanie założeń strategicznych z rzeczywistością operacyjną,
  • wspólne nazywanie konsekwencji wyborów.

Decyzja pozostaje w gestii Zarządu, ale jej jakość rośnie, bo jest podejmowana w oparciu o informacje od menedżerów i pracowników.

Priorytetyzacja jako zdolność do mówienia „nie teraz”

Jedną z najtrudniejszych kompetencji zwinnego przywódcy jest umiejętność świadomej rezygnacji. Nie z ambicji, lecz z inicjatyw, które w danym momencie nie wspierają celów strategicznych.

Priorytetyzacja w tym ujęciu oznacza:

  • zatrzymywanie działań, które rozmijają się z kierunkiem strategicznym firmy,
  • odkładanie projektów mimo wcześniejszych zapowiedzi,
  • korygowanie decyzji bez traktowania tego jak porażki.

To właśnie te decyzje najbardziej chronią zdolność organizacji do zmiany.

Zarządzanie portfelem zmian jako składowa zwinnego przywództwa

Dobrze prowadzona priorytetyzacja nie ogranicza organizacji. Ona ją porządkuje.

Chroni menedżerów przed sprzecznymi sygnałami.
Chroni zespoły przed przeciążeniem i wypaleniem.
Chroni Zarząd przed iluzją rozwoju wynikającą z mnożenia inicjatyw.

Z mojego doświadczenia wynika, że organizacje, które traktują priorytetyzację jako ciągłą decyzję przywódczą, a nie jednorazowe ustalenie, szybciej stabilizują się w zmianie i skuteczniej realizują cele strategiczne. Dlatego ważnym elementem działalności Agile for Future jest rozwój kompetencji zwinnego przywództwa i wspieranie kadry zarządzającej w kwestii zarządzania portfelem zmian.

W moim przekonaniu priorytetyzacja nie jest tylko techniką czy zestawem narzędzi wykorzystywanych przez menedżerów.
Jest praktyką zwinnego przywództwa, która decyduje o tym, czy organizacja potrafi zmieniać się w sposób świadomy.

Zarządzanie portfelem zmian to decyzja przywódcza, nie operacyjna Dowiedz się więcej »